Cytat z Kiplinga ostrzega zawodników przed wejściem na korty Wimbledonu. Na każde korty...
Maja Chwalińska, postać z cienia światowego tenisa, dziś podświetlona własnym sukcesem z Paryża. Tenis ziemny to sport w swojej substancji eteryczny, cokolwiek ulotny i subtelny. Przy tym na swój sposób estetyczny i raczej etyczny. Doświadcza widza pięknem chwili, autorów wydarzenia zmusza zaś do teatralnej wręcz koncentracji.
Może wynieść znienacka do głównej roli aktorów trzeciego planu, włączyć ich do globalnego przemysłu sportowej rozrywki. Z zapotrzebowania widowni wyłania się dostatek graczy. Są pod kuratelą osobliwego impresariatu, który ich talenty i ambicje aranżuje w strefie biznesu.
Inspiruje też egoizm graczy, ich osobliwą suwerenność wobec rozmaitych powinności wspólnych. Sukces Chwalińskiej pobudza różnych mniejszej rangi uczestników tego rynku do formułowania dodatków finansowych, których deficyt krępuje rozwój tego sportu. W istocie jest to żądanie, by koszty rozwoju prywatnych przedsiębiorstw tenisowych pokrywał budżet państwa albo gminy. Lukratywność tego sportu osłabia wspólnotowe zdolności beneficjentów. Można wtedy usłyszeć, że nic nikomu do ich sukcesów, a mecze reprezentacji Polski nie mieszczą się w biznesowym kalendarzu aktorów.
Piękny epizod w Paryżu otwiera nowy etap kariery Mai Chwalińskiej. Rozegrała świetny turniej, przegrała idąc znikąd dopiero w finale. Przegrała pogodnie, wygrywała z szacunkiem dla rywalek.
Za jej porażką stoi przenikliwość Conchity Martinez, która trafnie przygotowała swoja podopieczna, Mirrę Andriejewą, na cokolwiek ekscentryczną strukturę gry M. Chwalińskiej. Nie było szarpania,strzelania, było cierpliwe budowanie architektury wymian, kolejne siermiężne wymiany coraz wyższych uderzeń, które Chwalińską stopniowo obezwładniały.
Dzień po sukcesie Chwalińska trzyma się dzielnie. Nie narzeka na podatki ani różne zobowiązania. Zaspokaja różne ciekawości, nie rygluje siebie,
A skoro Martinez, to wraca wspomnienie pięknego sopockiego cyklu imprez tenisowych. Hiszpanka grała na kortach Sopockiego Klubu Tenisowego i wygrała, po jednostronnym, wyrafinowanym bardzo pojedynku z Kariną Habsudową w 1999 roku. Pięć lat później wielką karierę rozpoczął w Sopocie Rafael Nadal, rok później 18-letni Gael Monfils wygrał turniej PROKOM OPEN, zwyciężając w 3 setach Floriana Mayera. To były wielkie dni polskiego, sopockiego tenisa, inspirowane wyobraznią, także biznesową, Ryszarda Krauze. Ze słynnego klubowego balkonu przy korcie centralnym nie schodził pławiący się w chwilach społecznej chwały prezydent Sopotu Jacek Karnowski, na finały wpadał prezydent Kwaśniewski i liczni posłowie różnych politycznych wyznań.
Gael Monfils zdążył zakończyć karierę na kortach Roland Garros zanim jeszcze Chwalińska na dobre wyszła z cienia. Sopocki Klub Tenisowy, który zbierał świetne oceny od graczy za organizację tamtych turniejów, wychodzi z tarapatów, które są konsekwencją dziwnego zamachu Karnowskiego na stowarzyszenie. Jego niezależność i władztwo nad pięknym, liczącym prawie 130 lat kompleksem kortów, uwierało miejskie przywództwo. Rozliczne wyroki sądowe uwypuklają rozmiar jego szachrajstw. Tylko w rządzie Tuska może być miejsce dla polityka, któremu sąd wytknął działania oszukańcze. Poważny tenis jest nieodłącznym znakiem tożsamości Sopotu; obojętnie kto jest jego chimerycznym zarządcą, ma obowiązek chronić tę tradycję i własnym, nawet koślawym pismem, ją kontynuować.
Tenis to czytelny dialog z widzem – piłka na aucie jest piłką na aucie. Czyni emocje krzątanina wokół siatki, która chwilami jest osobliwa i skomplikowana jak życia. Można uderzać mocno, gnębić partnera a nie wygrać, można zwalniać, zwodzić, zniechęcać – a jednak zdobyć punkt. Na tym polega paryska, ulotna uroda sukcesu Mai Chwalińskiej.
PS. Fundusz PZT PROKOM miał finansować kariery młodych tenisistów, którzy następnie procent ze swoich nagród mieli odprowadzać na konto funduszu, by umożliwić finansowanie kolejnych zawodników. Czy ktokolwiek z uczestników tego globalnego biznesu może teraz wylegitymować się udziałem w takim mechanizmie? Piękne chwile z Paryża nie zwalniają z oglądu całości spraw. Niektóre tony brzmią bowiem fałszywie...
