W 2019 roku Kościół katolicki w Niemczech ogłosił, że rozpoczyna swoją Drogę Synodalną. Niemcy postawili sobie dosyć radykalne progresywne cele, a zarazem bardzo wiele uwagi poświęcali strukturze. Chcieli stworzyć nowe organizacje i przebudować sposób funkcjonowania Kościoła, tak, by – jak twierdzili – Ewangelia mogła lepiej zakorzeniać się u współczesnych ludzi. Wtedy list napisał do nich sam papież. Ojciec Święty zwrócił uwagę, że nie można pokładać zbyt dużej nadziei w strukturach i procesach. Zachęcił do innego spojrzenia, położenia większego nacisku na modlitwę. List Franciszka spotkał się z dużą aprobatą konserwatystów, w tym nielicznych konserwatystów niemieckich. Sama Droga Synodalna niemal kompletnie go zignorowała: przeprowadziła swój reformistyczny plan od A do Z, nie wprowadzając żadnych zmian. Konserwatyści uznali to za sprzeciw wobec woli papieża.
Problem w tym, że list Franciszka okazał się być czystą teorią również… w Watykanie. Dwa lata później Ojciec Święty rozpoczął słynny Synod o Synodalności. Cały świat katolicki został zobowiązany do tego, by włączyć się w synodalne dyskusje. Jak wyglądało to w praktyce? Organizowano spotkania synodalne na płaszczyźnie parafialnej i diecezjalnej; sporządzano raporty, które trafiały do specjalnych komisji; komisje tworzyły kolejne raporty, wysyłane później do episkopatów; tam inne komisje sporządzały raporty przesyłane do Watykanu; watykańska komisja przygotowywała własne dokumenty, które rozsyłała potem na cały świat, żeby organizować kolejne spotkania, już w ramach kontynentów, a tam zasiadały kolejne komitety… Wszystko skończyło się jesienią 2024 roku przyjęciem specjalnego dokumentu – na specjalnie zorganizowanym spotkaniu, które miało zupełnie nowatorską strukturę.
Już to wszystko wygląda jak jakiś żart w kontekście krytyki Franciszka wyrażonej w liście do Niemców. Ale… na tym nie koniec. Papież powołał wkrótce kilkanaście (sic) specjalnych Komisji Studyjnych, którym powierzył opracowanie różnych zagadnień szczegółowych, co miałoby doprowadzić do reformy Kościoła. Raporty tych Komisji Studyjnych cały czas spływają; to dziesiątki i setki stron raportów, wyników obrad eksperckich grup…
Kilka dni temu Watykan ogłosił, że będzie tego więcej. Już w 2027 roku zaczną się nowe spotkania synodalne. Najpierw w diecezjach, które sporządzą specjalne raporty; potem na płaszczyźnie krajowej; później w grupach kontynentalnych… Raporty, wnioski, wysyłki do Watykanu, ewaluacja w Rzymie – wszystko kolejny raz. Co więcej, Watykan trzyma nad całym procesem sztywną kontrolę: to on definiuje tematy, o jakich się rozmawia; określa sposób doboru uczestników obrad synodalnych; narzuca schemat procedowania tych obrad; przygotowuje nawet specjalne szablony, które będzie trzeba wypełniać, jak w jakiejś szkolnej procedurze ewaluacyjnej… To wszystko ma zakończyć się jesienią 2028 roku, organizacją Zgromadzenia Kościelnego – nowatorskiej struktury synodalnej, złożonej z biskupów i świeckich.
Mówiąc krótko, zgodnie z watykańskim planem na lata 2021 – 2027, energia katolików na całym świecie idzie w organizację niezliczonych obrad, komisji, debat i raportów synodalnych. To wszystko ma doprowadzić jakoby do wielkiej zmiany jakościowej w Kościele. Sprawić, że Kościół będzie funkcjonować lepiej, szybciej, sprawniej, bardziej ewangelicznie. Mówi się o konkretach: zmiany w liturgii poprzez WŁĄCZENIE świeckich; nowe posługi, żeby WŁĄCZYĆ świeckich; nowy sposób wyboru biskupów, który WŁĄCZY świeckich… To wszystko wymaga, oczywiście, nowych struktur i nowej organizacji.
Mówiąc krótko: niemiecki model reformy Kościoła poprzez struktury, po pierwszej krytyce, został przyjęty przez Watykan za obowiązujący i miarodajny dla całego świata.
Czy struktury i lepsza organizacja mogą dać nam zbawienie? Zwłaszcza nam: ludziom zanurzonym w głęboko bezbożnej epoce, ludziom czasów relatywizmu i wyprzedawania świętości? Powiedziałbym, że poszukiwanie zbawienia w strukturach nie jest wcale drogą do poprawy sytuacji. Inaczej, jest owocem tego kryzysu. Właśnie dlatego rzucamy się w wir organizacji, raportów i debat, bo zupełnie nie wiemy, co zrobić z tym, co w Kościele podstawowe: z wiarą w Jezusa Chrystusa.
Kiedyś ten obłęd pewnie się skończy. Jak długo potrwa, nie wiem. Pamiętajmy, mimo wszystko, że struktury wcale nas nie zbawią. Zbawia Chrystus – a wejście do Jego Kościoła oznacza przede wszystkim przemianę życia i rozumne kształcenie się w elementarnych cnotach, nie aktywistyczną partycypację w inkluzywnych komitetach synodalnych.
Autor jest publicystą portalu PCh24.pl
