Nie dziwię się tym politykom po prawej stronie którzy niespecjalnie wierzą w zachwyty Donalda Tuska i jego politycznego otoczenia nad programem zakupu uzbrojenia za unijny kredyt znany szerzej jako program SAFE. W tym braku zaufania upewnia mnie dodatkowo propagandowa wrzawa, którą rozpętał obóz Koalicji Obywatelskiej. Zagończycy Tuska ogłaszają, że kto głosował w sejmie przeciwko SAFE, ten jest wrogiem niepodległości Polski i faktycznym cichym sojusznikiem Putina. W tym stylu wypowiadają się tacy politycy, jak Adam Szłapka czy Marcin Kierwiński.
Tymczasem brak zaufania do jakichś wielkich planów tworzenia wspólnego europejskiego konsorcjum wytwarzania broni i amunicji bierze się z gorzkich doświadczeń. Już dwa razy były podstawy do podejrzeń, że idea „europejskiej siły obronnej” to jedna wielka hucpa lansowana przez niemiecki i francuski przemysł zbrojeniowy w celu zmuszenia mniejszych państw unijnych do wciśnięcia im wytworów francuskich i niemieckich firm zbrojeniowych oraz odcięcia, szczególnie państw frontowych, od zakupu amerykańskiej broni. Podzielam te obawy. Myślę, że w interesie polskim jest standaryzowanie naszego uzbrojenia ze standardami amerykańskimi. Amerykanie mają znacznie lepsza machinę wojenną niż Europa. Owszem, rozmaite zachowania Trumpa tworzą wrażenie nieprzewidywalności, ale ta armia już jest i jest sprawna. A jeśli nasze wojsko ma współdziałać z Amerykanami to lepiej, by używało sprzętu z USA.
Niedawno kanclerz Friedrich Merc wygłosił na konferencji bezpieczeństwa w Monachium buńczuczne przemówienie zapowiadające wzięcie na nowo odpowiedzialności za bezpieczeństwo kontynentu przez Niemcy. Problem w tym, że Niemcy, choć są jednym z najważniejszych producentów broni na świecie, to nie dysponują infrastrukturą wojskową podobną choćby w części do tego, co mają Amerykanie. US Army to sprawdzona w wielu operacjach machina militarna, z którą musza liczyć się zarówno Chińczycy, jak i Rosjanie. Bundeswehra, choć powoli wychodzi ze stanu totalnego upadku – osiągnie jaką taką zdolność bojową dopiero za około 7 do 10 lat. Ale nawet jeśli do tego dojdzie – społeczeństwo RFN nie jest zdolne np. do przywrócenia powszechnej służby wojskowej. A nawet gdyby do niej doszło to oznaczać to będzie, że spory procent żołnierzy będą stanowić dzieci imigrantów z krajów muzułmańskich. Bo to właśnie oni dominują w najmłodszych rocznikach, a nie blondwłosi niebieskoocy Niemcy. Nie sposób sobie odpowiedzieć na pytanie, jak tacy żołnierze zareagowaliby na ewentualną wojnę z Rosją. Czy uznaliby że to ich wojna i narażaliby się tak, jakby to np. robili młodzi żołnierze estońscy czy łotewscy?
Ale równie dużo wątpliwości można sformułować wobec młodych rdzennych Niemców. Wszystkie sondaże gotowości obrony własnego kraju przeprowadzone w RFN pokazują, że chętnych do walki za ojczyznę nie jest tak wielu. Jak z takim materiałem ludzkim Niemcy mogą myśleć i byciu liderem obronności kontynentu przed Rosją? Z jednej więc strony tacy wojskowi, jak np. brytyjski marszałek sir Richard Kinighton, były szef sztabu generalnego brytyjskiej armii czy generalny inspektor Bundeswehry gen. Carlsten Breuer ostrzegają przed zagrożeniem wojną ze strony Rosji, z drugiej strony nie mają oni tyle samozakłamania, by przekonywać, że ich kraje są gotowe do długotrwałej wojny z Rosją. A Rosjanie doskonale wykorzystują ten brak gotowości do lansowania swoich faktów dokonanych wobec Ukrainy z lat 1999-2005. Wszystko to jawi się jako upiorny salon krzywych luster. Niemcy chcą wykorzystać swoją dominację w Unii Europejskiej na nowym polu obronności by potwierdzić swoją dominację na kontynencie i sprzedać, ile się da swego sprzętu militarnego. Ale do roli siły militarnej porównywalnej z Ameryką nie dojdą, bo są społeczeństwem zdemilitaryzowanym i wewnętrznie podzielonym. I stąd dramat. Kanclerz Merz ma wystarczająco dużo siły, by zmusić Donalda Tuska do antyamerykańskiej awantury i tolerowania wyskoków Włodzimierza Czarzastego wobec ambasadora Ameryki, ale nie ma potencjału, by dać Polsce gwarancje bezpieczeństwa. A kolejna uznaniowa pożyczka Unii ciążyć będzie nam i naszym potomkom jak kula u szyi. I z czego tutaj się cieszyć?
