Kolejny mocny wpis Dawida Wildsteina wywołał szeroką dyskusję w mediach społecznościowych. Łączy w sobie krytykę języka debaty publicznej z ostrymi zarzutami wobec środowiska dawnych Wojskowych Służb Informacyjnych. Publicysta nie tylko komentuje bieżące wydarzenia, ale sięga także do własnych przemyśleń, które – jak podkreśla – mają pokazywać mechanizmy funkcjonowania tych środowisk.
Wildstein zaczyna od mocnego, retorycznego pytania, które ma unaocznić skalę problemu: „Zacznijmy więc od pytania – czy powinniśmy dawać w mordę dziennikarzom Wyborczej i TVNu a może ich m#rdować? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista i brzmi ona ‘nie’”.
Następnie wskazuje, że mimo oczywistości tej odpowiedzi, podobne wezwania padły publicznie: „Otóż pewien funkcjonariusz Przeglądu oświadczył, że należy bić po mordach i m#rdować tak dziennikarzy, jak i czytelników Gazety Polskiej. Nie, to nie przesada, to nie interpretacja, napisał to wprost”.
Publicysta podkreśla, że jego zdaniem reakcja instytucji i środowisk opiniotwórczych jest niewystarczająca. „Mam wrażenie, że opozycja ma na takie sprawy, wybaczcie określenie, wywalone” – pisze, dodając, że brak zdecydowanej odpowiedzi może prowadzić do dalszej eskalacji. Jednocześnie wskazuje na podwójne standardy w ocenie podobnych sytuacji: „Pomyślmy, co by się stało, jakby to ktoś z prawej strony wyskoczył z takim tekstem. Wjazd policji, ABW, miesiąc awantury, histerii”. I zaznacza: „Bo to byłoby przekroczenie wszelkich granic. Niezależnie, czy robi to ktoś z lewej, czy prawej strony”.
W dalszej części Wildstein przechodzi do wątku, który uznaje za kluczowy – wpływów środowiska WSI. Opisuje zdarzenie sprzed lat: „Było to spotkanie stowarzyszenia SOWA, zrzeszającego byłych członków i sympatyków WSI”. Jak relacjonuje, wydarzenie miało miejsce „na jakimś zad#piu, w kantynie na terenie koszarów”, a uczestnicy – jego zdaniem – reprezentowali specyficzny styl i mentalność: „W sali koło setki ludzi, poza jedną damą same chłopy, większość o aparycji wąsatych woźnych z czasów PRL, acz w garniakach”.
Opis sytuacji szybko przechodzi w relację z atmosfery spotkania. „Nasze wejście spowodowało szok, ale też błyskawicznie zostaliśmy przez Dukaczewskiego rozpoznani” – pisze, dodając, że mimo to „nie wyrzucono nas, co skądinąd pokazuje bezczelność i pewność tych typów”.
Wildstein przytacza również sytuacje, które odebrał jako formę zastraszania: „Durne żarciki, jak to nas załatwią czy sugestie, że źle skończymy” oraz ostrzeżenia w stylu: „Uważajcie panowie, jest bardzo ślisko, łatwo o wypadek”. Podkreśla przy tym, że nie były to – jego zdaniem – bezpośrednie groźby, lecz „chamskie, prymitywne droczenie się tępego, agresywnego dresiarza z kimś, kogo uważa za słabszego”.
Najmocniejszy fragment dotyczy jednak stosunku do Rosji. „Ale najbardziej uderzające było to, jak mówili o Rosji. Z jaką miłością i podziwem” – pisze Wildstein. Dalej dodaje: „Jak się chwalili tym, że są na telefon z oficerami GRU, że się u nich szkolili, że GRU uważa ich za swoich i będzie bronić”. W jego relacji pojawiają się także deklaracje, które uznał za szczególnie niepokojące: „Że oni są po stronie właściwej, silniejszej, Putina, że Ameryka może im podskoczyć”.
Publicysta podsumowuje swoje doświadczenie bardzo ostro: „Połączenie najgorszego ześwinienia, prymitywizmu i absolutnego, szczerego zachwytu Rosją i tym, że się tej potędze sprzedali”.
W jego ocenie wpływy tego środowiska nie należą do przeszłości. „GRU na telefon, Putin jako patron. Tak wygląda prawdziwe oblicze środowiska WSI, które i dziś rozdaje karty przy obecnej władzy” – stwierdza. I dodaje: „Które ponownie ‘wróciło do łask’, dzięki Uśmiechniętemu Populizmowi”.
Wildstein wskazuje także na rolę mediów w utrwalaniu określonej narracji. „Ten niebezpieczny i zwyczajnie podły bełkot nie byłby zaś możliwy, gdyby nie zwarty front medialnych cyngli, od Wyborczej, przez TVN i rozmaite Polityki i inne Newsweeki” – pisze.
Cały wpis jest nie tylko komentarzem do bieżących wydarzeń, ale również próbą pokazania głębszych mechanizmów wpływu i napięć obecnych w polskim życiu publicznym.
