Zacząć możemy od pewnej ciekawostki ... oficjalna nazwa dokumentu brzmi inaczej w języku angielskim i języku ukraińskim. Po angielsku brzmi w następujący sposób: „Memorandum on Security Assurances”, co można przetłumaczyć jako: „Memorandum o Zapewnieniu Bezpieczeństwa”. Tymczasem, jeżeli dosłownie przetłumaczymy wersję ukraińską, to będzie to brzmiało: „Memorandum o Gwarancjach Bezpieczeństwa”. I już ta różnica w tłumaczeniu pokazuje pewną różnicę w tym, jak rożne strony traktowały to porozumienie. Oczywiście sama treść tego dokumentu nie zawiera tak naprawdę żadnych realnych gwarancji bezpieczeństwa. W zasadzie strony porozumienia jedynie deklarują poszanowanie dla integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy i zapewniają, że same nie użyją przeciwko niej siły. Porozumienie jednak nie określa w jaki konkretnie sposób „gwaranci” mają reagować w wypadku agresji militarnej wymierzonej w Ukrainę poza zapewnieniem, że zwrócą się do Rady Bezpieczeństwa ONZ, która musi podjąć wszelkie niezbędne kroki dla zabezpieczenia suwerenności Ukrainy. Inaczej mówiąc to, co w ukraińskim tłumaczeniu dumnie brzmi jako „Memorandum o Gwarancjach Bezpieczeństwa”, realnie nie zawiera żadnych gwarancji, ponieważ po prostu nie zawiera informacji o tym, co się stanie, jeżeli któraś ze stron pogwałci te porozumienie. No a w tej chwili mamy dokładnie tego typu sytuację, w której Rosja, wykorzystując różnego rodzaju wątpliwe argumenty, na przykład taki, że traktuje Ukrainę po „przewrocie 2014 roku” jako inne państwo, wobec którego nie ma zobowiązań, po prostu zignorowała Memorandum Budapesztańskie, jak zresztą i cały szereg innych dwustronnych umów i porozumień. Czy to oznacza, że ukraińscy decydenci w tamtych czasach byli tak nierozsądni i tak naiwni, że zrezygnowali z broni jądrowej dla pustych zapewnień zawartych w nic nieznaczącym dokumencie?
Z naszej dzisiejszej perspektywy może tak się wydawać. Mimo to należy uświadomić sobie, że jest to klasyczny przykład post wiedzy, kiedy znajdując się już w zupełnie innych uwarunkowaniach geopolitycznych zakładamy, że decydenci sprzed 30 lat musieli w naturalny sposób przewidzieć co się wydarzy w kolejnych dekadach. Dokument ten był podpisywany w innych czasach. Związek Sowiecki się rozpadł, Stany Zjednoczone pozostały jedynym światowym supermocarstwem, którego przewaga militarna nad każdym konkurentem była wtedy bezdyskusyjna. USA właśnie wygrały w sposób błyskawiczny wojnę z Irakiem, który wystąpił w jakości agresora niszczącego suwerenność sąsiedniego Kuwejtu. Stany Zjednoczone najbardziej dbały wtedy o stabilność na przestrzeni byłego ZSRR i dążyły do tego, by mieć jednego partnera do rozmów na temat broni jądrowej. Partnera, który weźmie odpowiedzialność za cały arsenał jądrowy Związku Radzieckiego. Ukraina była dla Waszyngtonu niezrozumiałym i niestabilnym tworem, który w swoim rozwoju podąży w nie do końca wiadomym kierunku. Rosja w tamtych czasach budziła w oczach Amerykanów o wiele więcej zaufania i - o dziwo! - wyglądała na szybciej reformujący się kraj, podążający w kierunku większej otwartości i demokratyzacji swoich instytucji. Nawet rozprawienie się z parlamentem w Moskwie w roku 1993 nie zmieniło podejścia USA do Rosji. W tej sytuacji z jednej strony Ukraina znajdowała się pod presją ze strony najpotężniejszych państw ówczesnego świata, a z drugiej Ukraińcy w tamtych geopolitycznych realiach sądzili, że próba zaatakowania Ukrainy przez jakikolwiek kraj podważa po prostu porządek międzynarodowy, zbudowany przez USA na tyle mocno, że Stany nie będą mogły nie zareagować. I mieli wtedy przed oczami konkretne przykłady, kiedy USA reagowały w sposób zdecydowany.
Poza tym mieli też pewien rachunek strategiczny, który nie jest pozbawiony sensu. Czyli zakładali, że Stany Zjednoczone i Wielka Brytania nie będą mogły nie zareagować w razie ataku któregoś państwa na Ukrainę z tego prostego powodu, że doprowadzi to do proliferacji broni jądrowej. Zakładali, że sytuacja, w której kraj rezygnujący z tak potężnego arsenału zostaje zaatakowany i nie uzyskuje wsparcia Stanów Zjednoczonych sprawi, że wiele innych państw zdolnych do wyprodukowania własnej broni jądrowej sięgnie po nią, czując zagrożenie. I ten rachunek nie jest pozbawiony sensu, ponieważ to jest dokładnie to, co się dzieje teraz. Wojna rosyjsko-ukraińska, wraz ze stopniową degradacją stosunków państw europejskich ze swoim głównym parasolem jądrowym, czyli USA, wzbudza dyskusje o możliwości pozyskania broni jądrowej w wielu państwach świata. Szczególnie w szeregu formalnych sojuszników USA, którzy są coraz mniej pewni, że amerykański parasol nuklearny wciąż chroni ich przed ewentualną agresją innych mocarstw. Ukraińscy decydenci przeliczyli się jednak co do jednej rzeczy - uznali, że potęga USA będzie tak samo bezdyskusyjna w kolejnych dekadach, jaką była wtedy, kiedy porozumienie zostało podpisane. Ale sytuacja geopolityczna się zmieniła i teraz, pomimo że rosyjska agresja na Ukrainie rzeczywiście prowokuje inne państwa do staranie się o własną broń jądrową, to Stany Zjednoczone nie są już chętne i chyba też nie są zdolne, by samodzielnie i stanowczo zareagować w tej sytuacji oraz zatrzymać ten proces. Z każdym rokiem wojny i każdym dewastującym uderzeniem na ukraińską energetykę państwa, które czują się zagrożone i posiadają odpowiedni potencjał przekonują się, że jest to jedyna droga do realnego odstraszania. To więc, że decydenci ukraińscy okazali się mieć rację w swoim rachunku, nie uchroniło niestety Ukrainy przed agresją z zewnątrz.
No i ostatni ważny wątek - sytuacja ekonomiczna Ukrainy na początku lat 90-tych. Wbrew pozorom nawet podczas pełnoskalowej wojny sytuacja ekonomiczna Ukrainy nie jest tak dramatycznie zła, jak wyglądała ona po rozpadzie ZSRR. W tamtych czasach rozpad powiązań ekonomicznych między republikami byłego ZSRR doprowadził do ogromnego spadku PKB, bezrobocia i inflacji. Utrzymanie tak pokaźnego arsenału broni jądrowej było po prostu na tamten moment dla Ukrainy za drogie. Poza tym Ukraina, posiadając głowice i środki ich przenoszenia, nie posiadała jednak centrum dowodzenia i własnego systemu rozpoznania celów i kierowania pociskami. Oznaczało to, że gdyby chciała utrzymać ten arsenał, zmuszona by była do wydania ogromnych pieniędzy na zbudowanie własnego, niezależnego od Moskwy systemu pozwalającego na realne użycie tej broni. Stwarzało to dodatkowy wewnętrzny nacisk na decydentów w Kijowie, by zrezygnować z tak wielkiego obciążenia dla kurczącego się budżetu państwa.
Wniosek ze wszystkiego co opisałem wyżej można wysnuć taki, że każde porozumienie i umowa międzynarodowa powstaje w pewnych warunkach geopolitycznych i nie sam tekst zawarty w porozumieniu ma siłę, tylko gotowość i zdolność do jego przestrzegania przez strony, które się pod nim podpisują. Porozumienie więc, które zapewnia stabilność w jednej sytuacji, kilka dekad później w innych warunkach może okazać się bezużyteczne. Najbardziej szczegółowo sporządzony tekst porozumienia, zawierający najbardziej konkretne i silne gwarancje, może przestać działać, jeżeli strony straciły w nim interes. I tak samo w innych okolicznościach, nawet najbardziej mało konkretny tekst porozumienia może skutecznie zagwarantować bezpieczeństwo, jeżeli to odpowiada interesom sygnatariuszy. Rachunek strategiczny, który stoi za porozumieniem, zmienia się wraz ze zmianą okoliczności, co udaremnia podpisaną umowę. Prawo międzynarodowe nie istnieje, jeżeli nie ma nikogo, kto gotów jest ukarać te państwa, które to prawo podważają.
