Wulgarne manifestacje tzw. Strajku Kobiet, ogromna manifestacja w Warszawie, zwołana w reakcji na rzekome osaczenie przez policję kobiety, która przyjęła środki poronne i hasło „prawa kobiet” były paliwem obecnej koalicji, które pozwoliło jej przejęć władzę. Co z walki o „prawa kobiet” zostało po dwóch latach rządów Donalda Tuska?

- „(…) mamy 2026 r., jesteśmy za półmetkiem kadencji i myślę, że już nawet najwierniejsze wyborczynie widzą, że nasze prawa były po prostu narzędziem kampanijnym w rękach Donalda Tuska”

- powiedziała w wywiadzie dla portalu Zero.pl Aleksanda Owca.

- „Gdy Tusk wzywał do udziału w przedwyborczym marszu, akurat głośna była sprawa pani Joanny z Krakowa, która została przeszukana przez policję i badana w kontekście własnej aborcji. Tusk więc ogłosił, że to będzie marsz o niej. A potem jej nawet nie zaprosił. Ale to nie jest tylko to. W 2022 r. Donald Tusk odbierał nagrody od Kongresu Kobiet. W 2025 r. premier publicznie mówi natomiast, że nie lubi, gdy ktoś mówi, że aborcja to prawo kobiety

- dodała.

Współprzewodnicząca partii Razem mówiła w rozmowie z red. Pawłem Figurskim o rozczarowaniu tym, że „gniew setek tysięcy kobiet, który płonął w całej Polsce, został przepalony, a gdzie trzeba sprawnie przygaszony, żeby przypadkiem nie skierował się przeciwko liberałom”.

- „W kwestii aborcji nic się nie zmieniło. Pojawiły się nowe wytyczne ministerstwa zdrowia, które mogą odwrócić się w każdej chwili. Ustawy pozostały bez zmian, projekty nie przeszły nawet przez rząd, a co dopiero przez parlament”

- stwierdziła.

W jej przekonaniu, „w relacji między państwem a kobietami niemal nic się nie zmieniło”.

- „Tylko teraz żeby protestować, trzeba byłoby się postawić laureatowi nagrody Kongresu Kobiet, Donaldowi Tuskowi”

- powiedziała.

Jej zdaniem to, że koalicji Donalda Tuska nie udało się nawet uchwalić ustawy depenalizującej aborcję, „to już jest splunięcie wyborczyniom w twarz”.