Fatina Keilani zaczyna od podstawowej tezy: „samodyscyplina była kiedyś w Niemczech cnotą, dziś uważa się ją za coś narzucanego. Rozpieszczone pokolenie spotyka państwo pozbawione samokontroli”.  Jak wskazuje dziennik, ostateczny cios zadają leniwi i krótkowzroczni politycy. Autorka tekstu przypomina, że bez samodyscypliny nie da się utrzymać dobrobytu. I znów cytat: „Rodzice młodszego pokolenia rezygnowali z podróży i wizyt w restauracjach, aby spłacić kredyty. Chodzili do pracy nawet gdy nie mieli na to ochoty. Ale z czasem dochodzili do dobrobytu. Tyle, że ich dzieci, które przyszły na świat znacznie później, nie są w stanie zrozumieć, że błogostan, do którego przywykli, był niegdysiejszym wynikiem powściągliwości rodziców w dążeniu do natychmiastowej gratyfikacji i natychmiastowej konsumpcji”. „Kiedyś przyjemność i przykrość były starannie kontrolowane” -przypomina Keilani.

Ale, jak pisze autorka, wskazywanie palcem tylko na młodych ludzi byłoby zbyt dużym uproszczeniem. Państwu niemieckiemu również brakuje dyscypliny. A najgorsi są politycy, którzy reagują na każdy problem strukturalny tymi samymi, mało kreatywnymi środkami. Są one wciąż te same. Więcej pieniędzy wpompowywanych w budżet, wyższe podatki, wyższe opłaty, nowe agencje. Wszystko to wiąże się też z powoływaniem nowych agencji, mających rozwiązywać nowe problemy społeczne, a jednocześnie kreujących nowe stanowiska w służbie cywilnej. I dalej: „W Niemczech te dwie formy braku dyscypliny wzajemnie się wzmacniają. Leniwe pokolenie nie jest w stanie przeciwstawić się kurczącej się gospodarce, która cierpi jeszcze dodatkowo wskutek szkodliwej polityki deindustrializacji. Ci emigranci, którzy są chętni do ciężkiej pracy są ograniczani, a zbyt wielu z emigrantów wspiera rozrośnięte państwo opiekuńcze”.

W rezultacie w Niemczech te dwie formy braku dyscypliny wzajemnie się wzmacniają. Leniwe pokolenie nie jest w stanie przeciwstawić się polityce, która mimo prób przeciwdziałania, przyczynia się do kurczenia się gospodarki. „Dlaczego obywatel Niemiec miałby się wysilać, pracować więcej, brać na siebie większą odpowiedzialność, skoro państwo jest tak pobłażliwe? W Niemczech istnieje ponad 500 różnych świadczeń socjalnych. Wszystkie one powstały jako brak dyscypliny mało ambitnego państwa, które przez długi czas nie musiało się nad tym problemem zastanawiać ze względu na doskonałe wyniki gospodarcze. Ale te czasy już minęły. Bogate społeczeństwa upadają nie z powodu braku zasobów, ale z powodu czynnika bardzo trywialnego – samozadowolenia”. Niemiecki dziennik wskazuje, co mogłoby być antidotum. Byłaby nią dyscyplina, która objawiłaby się poprzez radykalne ograniczenie biurokracji, tendencje do nie łagodzenia każdego politycznego obowiązku nowym długiem lub wyższymi składkami. Wymagałoby też polityki, w której zrywa się z nagradzaniem stagnacji i karaniem inicjatywy.

 Ludzka praca w Niemczech jest zbyt obciążona, a każdy dodatkowy wysiłek jest nieproporcjonalnie opodatkowany. Wyższy dochód brutto przekłada się na niewiele wyższy dochód netto. W rezultacie ci, którzy ciężko pracują, mają prawo czuć się frajerami i zastanawiać się, po co to wszystko. Za wszystkie zapłacone podatki zwrot jest niewielki. Za to praca w niepełnym wymiarze godzin oferuje więcej wolnego czasu i często niewiele mniej pieniędzy. W sektorze prywatnym umówione spotkania są wiążące. Każdy kto nie stawi się na umówione spotkanie ponosi od razu konsekwencje: od utraty umowy po zwolnienie z pracy. Dla porównania, w urzędzie pracy, w razie wezwania danej osoby, np. uchylającej się od podjęcia pracy, ale korzystającej ze świadczeń społecznych – konsekwencje następują dopiero przy trzecim niestawiennictwie. Dlaczego nie przy pierwszym?

Puenta autorki jest brutalna: „Niemcy mylą stagnację ze stabilnością. Zbyt wiele mówi się o dystrybucji, a zbyt mało o wydajności. Dopóki normalność, praca, wkład, osiągnięcia, branie odpowiedzialności brzmieć będą w Niemczech jako radykalne żądanie – kraj będzie nadal pozostawał w tyle.”

Polski czytelnik, czytając te słowa, przeciera oczy ze zdumienia. Przez całe dekady nasz zachodni sąsiad kojarzył się nam wręcz z przesadnym rygoryzmem i dyscypliną pracy. Tymczasem nie zauważyliśmy, jak przynajmniej od 50-ciu lat wahadło poszło w drugą stronę. Politycy, którzy boleśnie na własnej skórze odczuli groźbę wyrzucenia z pracy za najmniejsze zaniedbanie – odreagowywali swoje złe doświadczenia tworząc system, który zaczął bronić pracownika nawet, gdy ten zaczął przekraczać wcześniejsze normy  „Arbeitsmorale”. Gdy doszła do tego ogromna ilość imigrantów, z których wielu nauczyło się żyć z hojnego niemieckiego socjalu, to proporcje się odwróciły.

Niegdysiejszy przysłowiowy pan Müller, który przychodził pół godziny wcześniej do pracy, aby być mieć czas na uporządkowanie warsztatu i być przygotowanym do ruszenia z robotą dosłownie w sekundę po wyznaczonej godzinie, zamieni się w pracownika cwaniaka, który jak może omija obowiązki, a już broń Boże nie zostanie o ułamek sekundy dłużej, aby dokończyć rozpoczętą pracę.

Tego typu teksty pojawiają się w Niemczech co pewien czas, ale nic nie wskazuje, by zmieniły powszechną samoświadomość. Brzmią raczej jako westchnienia za dawnymi, dobrymi czasami.