Rozpoczynając pełnoskalową inwazję na Ukrainę, Kreml zapowiadał zajęcie Kijowa w kilka dni i przejęcie kontroli nad państwem. Po ponad czterech latach tej wojny jednak Putin stracił kontrolę nawet nad tym, co dzieje się na Placu Czerwonym w Moskwie. Obawiając się ukraińskich ataków, Moskwa musiała prosić Amerykanów o pomoc w przekonaniu Ukrainy do zawieszenia broni na czas obchodów Dnia Zwycięstwa. Ostatecznie prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski udzielił Rosjanom zgody na świętowanie.

- „Ale jak Ukraina pięknie trolluje Putina to ja nie mam słów”

- pisze na Facebooku Witold Szabłowski.

- „(…) wczoraj, po kilku dniach intensywnych, amerykańskich zabiegów dyplomatycznych, prezydent Zełeński zgodził się, że Ukraina nie zaatakuje tego dnia Moskwy. Więcej - wydał zgodę, by ów Dzień Zwycięstwa mógł się odbyć. W specjalnie z tej okazji napisanym dekrecie podano nawet dokładne koordynaty Placu Czerwonego, żeby żaden ukraiński dron się tam przypadkiem nie zapodział. Rosja oczywiście od razu się żachnęła, że ukraińskiej zgody do świętowania nie potrzebuje. Ale fakty są takie, że po pierwsze - bardzo zabiegała u Amerykanów, żeby ich u Ukraińców wsparli. A po drugie - był to najbidniejszy Dzień Zwycięstwa w historii. Nie było defilady wojsk, bo z frontu już nic nie wypuszczają; przeleciało raptem kilka smutnych samolotów - i tyle. Jak na popis drugiej armii świata to naprawdę bieda z nędzą”

- dodaje.