Jezus Chrystus nie pozostawił w tej kwestii żadnej wątpliwości: chrześcijanie są zobowiązani, żeby głosić Ewangelię całemu światu. Konkretne metody mogą być oczywiście bardzo różne, ale sam obowiązek jest nieusuwalny.

 

W pierwszych wiekach Kościoła realizować go było dość trudno. Chrześcijanie bardzo szybko opuścili Izrael i udali się we wszystkie dostępne rejony ówczesnego świata, w tym do Rzymu. Kościół katolicki natrafił jednak na fundamentalną trudność, mianowicie gwałtowną agresję władz cesarskich. Aż do IV wieku nie mógł funkcjonować swobodnie, dlatego misja była trudna. To zmieniło się wraz z rządami Konstantyna a później Teodozjusza. Kościół zyskał wolność i mógł zanieść Ewangelię dosłownie całemu światu. Dziś nie ma takiego zakątka na globie, w którym w jakimś momencie historii nie byłaby prowadzona ewangelizacja.

 

Niestety, współcześnie coraz częściej podważa się sens misji. Niektórzy w Kościele zaczynają zadawać pytanie, czy Jezus Chrystus naprawdę chciał, żeby nieść Ewangelię wszystkim narodom. Jak to możliwe? Twierdzi się na ogół, że trzeba oddzielić klasycznych pogan od tych, którzy już wyznają jakąś „cywilizowaną” religię. Dziś byliby to zwłaszcza żydzi i muzułmanie, ale także buddyści, hinduiści czy sikhowie. Osobną grupą są też… ateiści.

 

Jak to możliwe, ktoś zapyta; przecież żydzi odrzucają Jezusa Chrystusa jako Syna Bożego, mahometanie uważają naukę o Trójcy Świętej za bluźnierstwo, a inne „wielkie religie świata” to tak naprawdę ustrukturyzowana forma pogaństwa. Wszyscy wymagają zatem nawrócenia, bo nie ma zbawienia poza Kościołem katolickim!

 

To prawda – i Kościół zawsze tak to widział. W ostatnich dekadach duża liczba teologów przestała jednak myśleć po chrześcijańsku. Zamiast Ewangelią i nauką Ojców i Doktorów Kościoła, kierują się nowoczesnością. Najważniejsze są dla nich takie wydarzenia jak rewolucja francuska, Oświecenie, narodziny liberalizmu. Może i 1000 lat temu trzeba było nawracać mahometan, ale dziś przecież „wiadomo”, że islam jest swoistą drogą do Boga, dlatego prowadzenie misji wobec wyznawców Allaha to po prostu przeżytek. Buddyzm nie zna wprawdzie Boga, ale jego wyznawcy prowadzą pobożne życie i w ten sposób się jakoby uświęcają? Żydzi to w ogóle osobny przypadek, przecież wierzą w Jahwe, więc tak naprawdę nic już więcej im nie trzeba. Ateiści? Żaden problem, mówią współcześni krytycy misji. Jeżeli ateista żyje etycznie i pełni uczynki miłosierdzia, to w tej jego miłości bliźniego jest już zawarta miłość Boga – choćby ateista kategorycznie zaprzeczał, że Bóg istnieje.

 

Teoretyczne podstawy dla takiego ujęcia opracowało wielu autorów. Karl Rahner wystąpił ze swoim „anonimowym chrześcijaństwem” oraz zwrotem antropologicznym, co daje dziś wielu teologom asumpt do uznawania wspomnianego „etycznego ateizmu” za rodzaj quasi-chrześcijaństwa. Jacques Dupuis ogłosił książki na temat pluralizmu religijnego, twierdząc, że w ramach różnych kultur i cywilizacji można zbawiać się w odmiennych religiach. Wszystko to gruntuje oczywiście w relatywizmie właściwym ojcom-założycielom rewolucji francuskiej oraz niemieckojęzycznym filozofom, takim jak Immanuel Kant i Gottfried Wilhelm Leibniz.

 

Na to składa się jeszcze aspekt polityczny. Po II wojnie światowej cały świat zachodni znalazł się pod amerykańskim parasolem militarnym i ideowym. Amerykanie mają specyficzne podejście do religijności. Nic dziwnego: ich kraj został założony przez wyznawców różnych nurtów chrześcijaństwa oraz przez deistów czy zgoła wolnomularzy. Dlatego Ameryka, żeby skutecznie funkcjonować jako jedno państwo, potrzebowała „prywatyzacji” religii: wszyscy zgadzają się, że istnieje Bóg, ale co z tego konkretnie wynika, to już sprawa jednostki. Nawet jeżeli mogło to historycznie działać w Stanach Zjednoczonych, nie odpowiada to na gruncie zasad teoretycznych nauce Kościoła. Bo Kościół mówi jasno: Bóg chce, żeby każdy był katolikiem.

 

Cały ten ferment ideowy sprawia, że dziś misję coraz częściej zastępuje dialog – dialog rozumiany jako poznawanie się, ale bez próby przekonania drugiej strony do wiary w Chrystusa. To głęboko błędna ścieżka, nie waham się powiedzieć: wprost sprzeczna z wolą Jezus Chrystusa.

 

Módlmy się, żeby zapał misyjny Kościoła nie wygasł. Modlitwie musi towarzyszyć rzetelna refleksja nad tym, co konstytuuje chrześcijaństwo. A nie jest to liberalny relatywizm, ale powszechna wola Pana Boga, by zbawić wszystkich w swoim Synu i w Jego Kościele.

 

Autor jest publicystą portalu PCh24.pl