Konflikty polityczne pomiędzy Stolicą Apostolską a Białym Domem w ogóle mnie nie zaskakują ani nie gorszą. To zrozumiałe, że dwa podmioty mają rozbieżne interesy czy odmienną optykę. Jestem w dodatku daleki od tego, by zawsze przyznawać rację Watykanowi. Podam prosty przykład – Wenezuela. Papież Leon XIV zdecydowanie potępił Amerykę za to, że porwała Nicolasa Maduro. Czy było to potrzebne? Owszem, Stany Zjednoczone naruszyły prawo międzynarodowe, ale prawo międzynarodowe ma służyć człowiekowi, a nie być świętością samą w sobie. Prezydent Wenezueli – co do tego panuje wśród komentatorów politycznych konsensus – znacząco ułatwiał handel narkotykami, czym w oczywisty sposób szkodził Ameryce. Administracja Trumpa próbowała nakłonić Maduro do współpracy, ale ten nie chciał pójść Waszyngtonowi na rękę. Porwanie Maduro po to, by postawić go przed sądem w USA, wydaje się być dlatego uzasadnione. Oczywiście, Leon XIV może mieć inną ocenę, na przykład uważać, że Amerykanie posługiwali się narracją o narkotykach tylko po to, by zyskać przychylność opinii publicznej, bo tak naprawdę realizowali wyłącznie interesy ekonomiczne związane z ropą. Nawet jeżeli Leon tak uważa, to jednoznaczne potępienie działań Ameryki wobec narkotykowego „barona-prezydenta” było jednak głęboko wątpliwe.
Tak czy inaczej, Biały Dom i Stolica Apostolska mogą rozbieżnie oceniać różne sprawy. Odmienność optyki politycznej nie może jednak uzasadniać publicznego lekceważenia Ojca Świętego. W przeszłości nawet protestanccy prezydenci USA potrafili okazać papieżom szacunek. Donald Trump tymczasem obraża Leona XIV jako „słabego” i podatnego na lewicowe narracje, bo ten nie ustaje w krytyce polityki zagranicznej Trumpa. Ponownie, nie uważam krytyki papieża za niedopuszczalną w ogóle. To jest możliwe: skoro papież publicznie ocenia politykę USA, to USA mogą publicznie skrytykować podejście polityczne Watykanu. Chodzi jednak o styl. Papież nie jest zwykłą figurą świata politycznego, ale Wikariuszem Chrystusa. Z tego powodu należy mu się szczególny szacunek, tym więcej, że jego publiczne wypowiedzi, nawet jeżeli krytyczne wobec Ameryki, są mimo wszystko dość oględne i pozwalają przeciwnikowi „zachować twarz”. Ostra, wręcz brutalna krytyka ze strony Trumpa nie daje już takiej szansy. W jego narracji Leon XIV jest po prostu złym papieżem, bo nie popiera ruchu MAGA. To niepoważne.
Zostawmy jednak papieża, bo ostatecznie nawet on jest tylko sługą. Poważniejszy problem powstaje wówczas, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych… szydzi z Jezusa Chrystusa. Tymczasem Donald Trump tak właśnie zrobił. Opublikował w mediach społecznościowych grafikę, na której jest przedstawiony jak Mesjasz. Uzdrawia tam chorego, a ludzie klęczą i modlą się do niego, tak, jakby był Bogiem. Na niebie widać żołnierzy USA stylizowanych na anioły (nota bene, jeden z nich wygląda jak demon – zaskakująca „pomyłka” AI, która tworzyła to zdjęcie…).
Donald Trump jest prawdopodobnie osobiście niewierzący. Otacza się protestanckimi pastorami, bo tak mu wygodnie – jego elektorat to lubi. Fakt, że urzędujący prezydent USA przedstawia samego siebie w roli Mesjasza, ważąc się na publiczne bluźnierstwo, jest jednak rzeczą absolutnie bezprecedensową. Prawdopodobnie fanatyczni zwolennicy Trumpowskiej wersji ruchu MAGA nie będą z tym mieli większego problemu. Katolicy jednak już tak. Na X widziałem setki wpisów amerykańskich katolików, którzy uważają to za absolutny skandal i wzywają Trumpa do przeprosin, grożąc wycofaniem poparcia. Rozumiem, że dla Donalda Trumpa moralnie nie jest to istotne – pycha jest pychą, wielu przywódców w historii świata uważało się za „boskich”. Jednak to, że polityk tak silnie zależny od katolickiego elektoratu pozwala sobie na obrażanie Jezusa Chrystusa, świadczy o poważnym problemie komunikacyjnym, a to może znamionować poważny problem mentalny.
Wszyscy spodziewali się, że pod rządami Donalda Trumpa USA przejdą konserwatywną kontrrewolucję. Zamiast tego, otrzymujemy bluźnierstwa. Niedobra to sytuacja. Oby katolicy w otoczeniu Donalda Trumpa potrafili okiełznać swojego szefa. Póki co, nic na to nie wskazuje i to jest właśnie istota tej smutnej farsy, bo w efekcie katolicy mogą odwrócić się od Republikanów – i następcą Trumpa zostanie już nie katolicki JD Vance, ale kolejny proaborcyjny, lewacki Demokrata. Tragedia.
