Ten najbardziej znany oficer LWP, który podjął współpracę z amerykańskim wywiadem, musiał czekać aż 7 lat po upadku PRL na choćby częściową rehabilitację. Długość tego procesu pokazuje, jak iluzoryczne były opinie, że wraz z wyborami 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.

Sprawa Kuklińskiego i jego rehabilitacji dzieliła opinię publiczną na początku lat 90. W naturalny sposób związane to było z dyskusją na temat osoby gen. Jaruzelskiego. Słynne były wówczas słowa twórcy stanu wojennego, który stwierdził tak: „Jeśli uznamy, że Kukliński był bohaterem, oznaczałoby to, że my jesteśmy zdrajcą”. Ten sposób argumentacji w naturalny sposób przyjął obóz postkomunistów, który od 1993 roku wrócił do władzy. Również ważne ośrodki opiniotwórcze wywodzące się z lewicy postsolidarnościowej zachowywały wobec Kuklińskiego sporą rezerwę. Argumentowano, że czym innym jest rehabilitowanie ofiar komunizmu, a czym innym uznawanie za postać godną szacunku kogoś, kto współpracował z zachodnim wywiadem. Oliwy do ognia w tych debatach dolewali też byli politycy PRL. Przykładowo Czesław Kiszczak snuł podejrzenia, że Kukliński mógł być podwójnym agentem działającym także na rzecz sowieckiego wywiadu wojskowego GRU. Podobne tezy stawiał były peerelowski generał Franciszek Puchała, były zastępca szefa Sztabu Generalnego LWP ds. operacyjnych, który poświęcił tej tezie swój artykuł „Pułkownika Kuklińskiego udział w grze wywiadów wielkich mocarstw” zamieszczony w „Przeglądzie Historyczno-Wojskowym” z 2012 roku. Trend ten utrzymywał się jeszcze wiele lat. Jeszcze w 2016 roku publicysta sympatyzującego z obozem postkomunistycznej lewicy tygodnika „Przegląd” Robert Walenciak pisał: „Fakty przeczą tezom (Antoniego Macierewicza). Kukliński nie działał na rzecz niepodległości Polski, nie uratował świata przed III wojną, nie był najlepszym agentem w polskim sztabie. (...) Nie wiadomo, na czyje konto tak naprawdę szpiegował (...) Jego nominacja na generała (nawiązanie do pośmiertnej nominacji Kuklińskiego do stopnia generała brygady przez prezydenta Andrzeja Dudę w 2016 roku) wprowadza chaos w ład państwowy i społeczny. Jeżeli bohaterem ma być zdrajca, to jak traktować tych, którzy rzetelnie pracowali, budując siłę państwa”.

Mało kto pamięta, że jeszcze za rządów Lecha Wałęsy w latach 1990–1995 wciąż działał nakaz zatrzymania Kuklińskiego w razie jego przylotu lub przybycia na którekolwiek z przejść granicznych Rzeczypospolitej Polskiej. Na rzecz rehabilitacji Kuklińskiego działało środowisko patriotyczne skupione wokół Jerzego Szaniawskiego – sowietologa i przyjaciela płk. Kuklińskiego. Jego kampania na rzecz rehabilitacji polskiego oficera, który powiadomił Zachód o sowieckich planach atomowego ataku na Zachód, odbijała się początkowo od obojętności sporej części nowych elit. Sytuacja zaczęła się zmieniać w momencie, gdy Stany Zjednoczone zaczęły rozliczać kolejne rządy w latach 90. ze stosunku do tej sprawy. Amerykańscy dyplomaci zadawali pytanie, na ile szczere są ambicje wejścia Polski do NATO i tym samym sojuszu z głównym państwem tego porozumienia, czyli Stanami Zjednoczonymi, skoro postać Kuklińskiego jest obiektem zniesławiania. Ten wyraźny nacisk z Waszyngtonu zaczął powoli zmieniać nastawienie czołowych postkomunistów na czele z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. Środowisko to starało się wówczas utrzymywać z Amerykanami jak najlepsze stosunki, oczekując w zamian, że Waszyngton nie będzie wspierał postulatów dekomunizacyjnych i lustracyjnych polskiej prawicy.

Początek zmian rozpoczął się w 1991 roku w wyniku rewizji I Prezesa Sądu Najwyższego Adama Strzembosza. Wniosek rewizyjny odniósł skutek i w 1995 roku wyrok na Kuklińskim uchylono. Niedługo potem, 12 lutego 1996 roku, minister obrony narodowej Stanisław Dobrzański przywrócił mu stopień pułkownika. Co jednak charakterystyczne, mogło dojść do tego dopiero po odejściu Lecha Wałęsy, który w stosunku do Kuklińskiego zachowywał zimne nieprzejednanie. Swoistym triumfem Kuklińskiego była jego pierwsza wizyta w kraju w kwietniu 1998 roku. Przybysz z USA uczestniczył w odsłonięciu pomnika katyńskiego na warszawskiej Starówce 6 maja 1998 roku. Jego wizycie towarzyszyły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa, czego widomym znakiem była grupa oficerów ochrony z bronią maszynową w rękach. Kukliński zmarł 11 lutego 2004 roku wskutek udaru mózgu w USA. Urna z prochami Kuklińskiego przybyła do Polski, przywieziona przez Józefa Szaniawskiego. 19 czerwca 2004 roku do Warszawy sprowadzono urnę z prochami pułkownika i jego starszego syna Waldemara, który zginął w tajemniczych okolicznościach interpretowanych przez niektórych jako zemsta Rosjan. Ojca i syna pochowano w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Po jego śmierci pamięć o Kuklińskim nadal bywa przedmiotem agresji. W nocy z 12 na 13 grudnia 2011 roku, czyli w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, popiersie płk. Kuklińskiego w Krakowie, w parku im. Henryka Jordana, zostało zbezczeszczone napisem „zdrajca”. Pomalowano też czerwoną farbą lewe ramię popiersia. Dystans wobec Kuklińskiego całkiem konsekwentnie zachowuje „Gazeta Wyborcza”. Po jego śmierci gazeta skwitowała to jako odejście „postaci kontrowersyjnej”. Z kolei miasta Kraków i Gdańsk obdarzyły go tytułem honorowego obywatela. Tablicę pamiątkową ku czci Kuklińskiego wmurowano w gdańskiej Bazylice Mariackiej. Na warszawskiej Starówce funkcjonuje Izba Pamięci gen. Kuklińskiego. I jej jednak nie było dane działać bez żadnych przeszkód. W 2010 roku prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz z PO próbowała zamknąć tę placówkę, jednak po ostrych protestach wycofała się z tej decyzji. Kukliński ma też pomnik w Gdyni oraz we Wrocławiu. W 2017 roku otrzymał ulice ku swej czci w krakowsiej dzielnicy Podgórze oraz w Puławach. Pamięć o „pierwszym polskim oficerze w NATO” żyje.

Piotr Semka