Mieli do tego formalnie prawo, gdyż rozsyłany przez kurię dokument według relacji miał adnotację: „do wykorzystania”. Taka formuła daje danemu proboszczowi prawo decyzji czy skorzysta z tego dokumentu, czy nie. Jak wiadomo, dokument wywołał bardzo dużo kontrowersji.
Szczególnie wiele emocji wywołało zdanie z dokumentu Komisji Stolicy Apostolskiej ds. Relacji Religijnych z Judaizmem sprzed ponad dekady o treści: „Nie ma żadnych wątpliwości, że Żydzi są uczestnikami Bożego Zbawienia, ale, jak to może być możliwe bez wyraźnego wyznawania Chrystusa – jest i pozostanie niezgłębioną tajemnicą Bożą”. To zdanie pochodzi z dość drugorzędnego opracowania jednej z watykańskich kongregacji i stoi w sprzeczności z tradycyjnym nauczaniem Kościoła, ale i z deklaracjami „Dominus Iesus” i „Lumen Gentium”. List został wyraźnie napisany przez bardzo radykalnych zwolenników tezy o tym, że judaizm pozostaje równoległą i równoważną ścieżką do zbawienia w stosunku do wiary w Jezusa. Nic dziwnego, że wiele osób jest przekonanych, że treść listu została stworzona przynajmniej pod nadzorem metropolity krakowskiego kardynała Grzegorza Rysia. Z drugiej strony nadanie temu dokumentowi statusu listu „do wykorzystania” otworzyło furtkę do jego faktycznego zignorowania w sporej ilości polskich parafii.
Jak mogło dojść do takiego dziwnego splotu wydarzeń? Aby odpowiedzieć na o pytanie trzeba znać praktykę polskiego Kościoła. Panuje w niej zasada, że listy na dany temat przygotowuje Komisja Episkopatu, zajmująca się danym zagadnieniem, potem jest on przyjmowany (lub w bardzo rzadkich wypadkach – nieprzyjmowany) przez ogół biskupów. I tu rodzą się problemy. Sygnalizowałem już to zjawisko w poprzednich latach, gdy np. często niesłychanie przesłodzone listy na temat pojednania polsko-niemieckiego przechodziły wskutek następnego splotu okoliczności: Komisja ds. Kontaktu z Episkopatem Niemieckim, złożona zazwyczaj w większości z bezkrytycznych zwolenników takiego dialogu, tworzyła tekst, który zawierał niejednokrotnie tezy suflowane przez niemieckich partnerów, a większość biskupów „dla świętego spokoju” taki tekst akceptowała. Najprawdopodobniej tak było i w tym wypadku, z tym że nie wiemy, w jakim trybie tekst listu na temat relacji polsko-żydowskich był w tym wypadku procedowany.
Zabrakło twardego, ale mądrego partnera dla autorów listu, który by w uczciwej dyskusji zwrócił uwagę, że niektóre określenia idą naprawdę za daleko w przyjmowaniu tezy o równoległości judaizmu w dziele zbawienia do uznania boskości Jezusa Chrystusa. Jak napisał Paweł Milcarek, były redaktor naczelny pisma „Christianitas”: „(to) list nieszczęśliwy, biorący w nawias zarówno najprostszy imperatyw ewangeliczny głoszenia Chrystusa wszystkim, jak i pełniejszą naukę katolicką (także soborowej konstytucji Lumen Gentium i deklaracji Nostra Aetate)”.
Ten dokument jest wskazówką, że narasta zjawisko, o którym piszę już od paru lat. Grupa postępowych metropolitów prowadzi swego rodzaju przeciąganie liny między swoim stanowiskiem a opinią większości Episkopatu. Postępowcy epatują swoją erudycją, wpływami w Rzymie i wsparciem medialnym większości liberalnych tytułów, a konserwatywna większość odpowiada na to biernym oporem. I tak stało się w wypadku ostatniego listu Episkopatu.
I stało się źle, bo zjawisko antysemityzmu odradza się w Polsce. To co wyprawia Izrael w strefie Gazy staje się często alibi do szerszych generalizacji, które piętnują wszystkich Żydów niezależnie od tego, czy mają wpływ na to co robi armia izraelska wobec Palestyńczyków, czy też nie. Wystarczy obejrzeć w sieci filmiki produkowane przez zwolenników Grzegorza Brauna by zobaczyć postacie w jarmułkach wyposażone w diabelskie rogi uciekające przed strumieniem lidera „Korony”. Nie zauważyłem, aby Grzegorz Braun potępiał lub odcinał się od takich animacji komputerowych.
Można było sformułować list w taki sposób, by przypomnieć katolikom o rozwadze w wypowiedziach na tematy żydowskie, a jednocześnie nie ulegać bardzo daleko idącym deklaracjom o „podwójności” dróg do zbawienia. Nikt o tym nie pomyślał na czas i teraz Kościół stanął wobec bardzo dotkliwej demonstracji ze strony części księży i wiernych, a polski Episkopat i tak nie znajduje się na najlepszej pozycji w debacie publicznej. Źle się stało.
