Wszystkich Niemców sudeckich (a pod tą nazwą zbiorczo rozumiano także Niemców z Szumawy, południowych Czech i południowych Moraw) deportowano do zachodnich stref okupacyjnych w Niemczech i Austrii. Przez lata istnienia komunistycznej Czechosłowacji, komunistyczna propaganda, podobnie jak i w PRL, z lubością sięgała po straszak zjazdu ziomkostw sudeckich. Po upadku komunizmu oczywiście nastąpiła zupełnie odwrotna tendencja. Liberalna inteligencja zaczęła postulować pojednanie z RFN i tym samym szukać kontaktów z ziomkostwem sudeckim, które chętnie podjęło tę grę i zaczęło przekonywać, jak bardzo nastawieni są pojednawczo i pokojowo.

 

Po stronie czeskiej wyłoniła się szybko grupa, która z perwersyjną niekiedy przyjemnością zaczęła rozpisywać się o okrucieństwach w czasie wygnania Niemców i opisywać, jak pozostawione przez „Sudetiaków” tereny podupadły i dziś po latach zdradzają ślady dawnej świetności. Wszystko w ramach walki z „czeskim samozadowoleniem” i „wiecznym kreowaniem się Czechów na ofiary” (skąd my to znamy?).

Oczywiście pojawiły się też filmy pokazujące Niemców z terenów przygranicznych jako nieszczęśników, na których spadły po wojnie niezawinione nieszczęścia. Pojawiła się wreszcie propozycja, by uroczyście odwołać dekrety prezydenta Edwarda Benešza, które zarządziły deportację Niemców i częściowo Węgrów ze Słowacji. I tu u części Czechów zapaliła się już czerwona lampka ostrzegawcza. Pojawił się sprzeciw.

Przez ostatnich 30 lat stosunek do kwestii dekretów podzielił czeską scenę polityczną. Niechęć do odwołania dekretów Benešza pojednała tak różne siły, jak ODS Václava Klausa oraz mastodontów z komunistycznej Partii Czech i Moraw.

 

I ten podział odnowił się właśnie teraz, kiedy z inicjatywy liberalnych czeskich stowarzyszeń obywatelskich zaproszono ziomkostwo sudeckie do odbycia w tym roku swojego zjazdu w morawskim Brnie, w weekend 23-24 maja. I oczywiście czeska strona polityczna zareagowała na różny sposób. Przeciwko przyjazdowi Niemców sudeckich zaprotestowała rządząca partia Andreja Babiša ANO, partia tożsamościowców czeskich Tomio Okamury pod nazwą „Wolność i Demokracja Bezpośrednia” oraz tradycyjnie antyniemieccy komuniści.

Z kolei po drugiej stronie usytuowali się: prezydent Peter Pavel, który w czeskich realiach gra rolę „wzorowego Europejczyka”, Czeska Partia Socjaldemokratyczna, Unia Chrześcijańska i Demokratyczna, czyli morawscy chadecy, Partia Piratów oraz ODS, który dziś już niewiele przypomina ugrupowanie z czasów, kiedy rządził nim Václav Klaus. Co znaczące, niemieccy politycy z lubością rozgrywali ten podział na czeskiej scenie politycznej. Premier Bawarii Markus Söder nachwalić się nie mógł otwartych, postępowych Czechów. Pochwalił współorganizatorów zjazdu i ogłosił w trakcie wizyty w Brnie: „Podjąłem spontaniczną decyzję, by w najbliższych miesiącach wręczyć kilku przedstawicielom tego stowarzyszenia medal europejski, najwyższe europejskie odznaczenie Bawarii”. Czescy partnerzy ziomkostwa otrzymali zaproszenie do Monachium, gdzie najwyraźniej zrobi się z tego wielkie święto. Nie obeszło się też bez wskazania, kto jest na politycznej scenie Czech niedobry. „Byłoby wiele okazji, by pozostać przy rewanżyzmie, gniewie i agresji. To imponujące i godne naśladowania, że obie strony obecne tutaj wybrały inną drogę” – mówił Söder. 

 

Bardzo charakterystyczny był styl niemieckich relacji medialnych z całej uroczystości. I tutaj, jak w socrealistycznej czytance, przedstawiano pozytywnych bohaterów – czeskich organizatorów zjazdu i tych, którzy demonstrowali przeciwko, oczywiście w roli ślepych nienawistników. Jeszcze jeden akcent przypomniał to, co wielu Polaków irytuje w dialogu pojednania na linii Berlin – Warszawa. To włączanie do całej tej sprawy dodatkowego wątku żydowskiego. Demonstracyjnie złożono kwiaty pod tablicą ku czci wywożonych z Czech Żydów do obozów koncentracyjnych, co było okazją do tego, aby samokrytycznie przypomnieć o zbrodni Holokaustu jako największej nieprawości z lat wojny. Czescy krytycy tego gestu, którzy komentowali to w sieci pytali, dlaczego Bernd Posselt, przy uszanowaniu wymordowanych brneńskich Żydów, nie odwiedził którejś z granicznych miejscowości, gdzie bojówki Niemców sudeckich zamordowały czeskich pograniczników. W dyskusjach internetowych pojawił się też nasz wątek.

„Polacy by na coś takiego u siebie nie pozwolili” – napisał jeden z internautów.

 

Nie można jednak zapominać, ze czeska debata toczy się w zupełnie innych warunkach medialnych niż nad Wisłą. 90% mediów ma dość zbliżone do siebie liberalne, my byśmy powiedzieli - „gazetowo-wyborcze” poglądy. W Czechach nie ma żadnej telewizji, którą można by nazwać konserwatywną, a wszelkie nieprawomyślne poglądy znajdują schronienie jedynie w sieci. Dlatego nie bardzo było gdzie przeprowadzić spokojną debatę na temat tego, czy wszystko w rozrachunkach czesko-niemieckich do końca wyjaśniono. Zamiast tego Czesi otrzymali klasyczną czeską wersją „kiczu pojednania” – dyscyplinę, w której niemiecka strona od dekad wykazuje absolutne mistrzostwo.