W maju na Morze Karaibskie wpłynął lotniskowiec USS Nimitz w towarzystwie niszczycieli i krążowników rakietowych zdolnych do precyzyjnych uderzeń w cele lądowe. Okolice Kuby od miesięcy penetrują też zaawansowane drony i samoloty zwiadowcze. Na swoje nowe rozmieszczenie przygotowuje się również okręt desantowy USS Kearsarge z 2,5 tysiącami marines na pokładzie, który obecnie stacjonuje u wybrzeży Wirginii.

Ewentualna operacja mogłaby przybrać różne formy – od precyzyjnych ataków lotniczych po schwytanie kubańskich przywódców, podobnie jak miało to miejsce w przypadku wenezuelskiego dyktatora Nicolása Maduro pojmanego przez Amerykanów w styczniu. Byłby to już trzeci konflikt zbrojny, w który zaangażowałyby się USA za obecnej administracji.

Warto w tym miejscu dodać, że sekretarz stanu Marco Rubio podczas środowego posiedzenia gabinetu stwierdził wprost, że Kuba „ma duże kłopoty" i stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, leżąc zaledwie 144 kilometrów od wybrzeży USA. Rubio, którego rodzice są kubańskiego pochodzenia, wskazał też, że reżim w Hawanie gości na swoim terytorium rosyjski i chiński wywiad, a także posiada broń pozyskaną od obu tych mocarstw. Choć dyplomata wyraził nadzieję na pokojowe zmiany na wyspie, użycia siły nie wykluczył.