Autor przywołuje odezwę prezydenta Szwajcarii do narodu po wybuchu pierwszej wojny światowej, w której wzywał on nie tylko do zachowania formalnej neutralności kraju, ale również do tego, by Szwajcarzy zachowali neutralność „w swoich sercach i umysłach”. Właśnie taką postawę, w przekonaniu Skwiecińskiego, powinni zająć Polacy wobec konfliktu na Bliskim Wschodzie.

Skwieciński przywołuje słynne nagranie, na którym pokazano brutalne traktowanie członków Flotylli Sumud przez izraelskich wojskowych i radość obecnego tam ministra bezpieczeństwa Itamara Ben-Gvira. Zwraca uwagę, „nie było tu miejsca na emocje”, ponieważ te „mogli odczuwać — i ewentualnie dać im brutalnie wyraz — komandosi, którzy przechwytywali statki na morzu”.

- „Natomiast zorganizowane, zaplanowane w szczegółach dręczenie i poniżanie zatrzymanych już na brzegu, kilka godzin po pojmaniu (czyli kilka godzin po tym, jak emocje powinny się wypalić) — to coś innego. Kompromitującego nie tylko i nawet nie tyle bezpośrednich sprawców, ile architektów i rozkazodawców imprezy

- podkreśla.

- „I, niestety, mówiące wiele o zbiorowości, której emanacją (bo mamy przecież do czynienia nie z narzuconą siłą autokracją, tylko z demokracją) jest organizujące to publiczne show państwo”

- dodaje.

Zaznacza, że „jeśli zbiorowość, jeśli państwo nie tylko dopuszcza do tego, ale sama to robi manifestacyjnie — to mówi sama o sobie coś bardzo ważnego i niedobrego”.

- „Gdyby z obezwładnionymi już i w pełni kontrolowanymi aktywistami Flotylli (wobec których, powtórzmy, nie żywię żadnych pozytywnych uczuć) postąpiono tak, jak stało się w porcie Aszdod, ale bez kamer i niepublicznie, byłoby to oczywiście dalej wstrętne. Lecz popełnienie jakiegoś czynu — to jedno, a popełnianie go demonstracyjne i chwalenie się nim — to jednak już coś jakościowo odmiennego”

- stwierdza.

Skwieciński zaznacza, że nie opowiada się za tym, by Polska podejmowała jakiekolwiek działania antyizraelskie. Zauważa jednak, że „ostatnie 10 lat to czas, w którym co rusz ujawniał się antypolonizm izraelskiej opinii, być może nie powszechny, ale w skali pozwalającej tamtejszym politykom odwoływać się do niego jako do czegoś wyborczo popłatnego”. Dlatego właśnie proponuje „mentalny rozwód”.

- „Gdyby nasze realne interesy kazały Warszawie popierać Izrael, można byłoby nad faktem, iż jego działania wzbudzają coraz większą odrazę, przejść do porządku dziennego. Ale skoro nie sposób wymienić takich interesów — to po co?”

- pyta.

W jego przekonaniu musimy zacząć patrzeć na Izrael „jako na obcych”.

- „Po prostu. Nie przez pryzmat wielowiekowej obecności Żydów na naszej ziemi. Nie przez pryzmat jakichkolwiek planów czy oczekiwań. Przejść — wobec obu stron bliskowschodniego konfliktu — na płaszczyznę chłodnej, jak najchłodniejszej neutralności. Nie wykluczającej bynajmniej wsparcia którejś ze stron, pomimo popełnianych przez nie niegodziwości — w danym momencie i w danej, konkretnej sprawie, w zamian za jakieś ekwiwalentne świadczenie na rzecz naszego kraju”

- pisze.