Swego czasu, w 2024 roku, w rozmowie z pewnym znanym polskim dziennikarzem omawialiśmy, jakie może być miejsce Ukrainy w powojennym układzie bezpieczeństwa. Mówiłem wtedy, że rola może być tylko jedna – państwa-twierdzy, ponieważ Rosja nigdzie nie zniknie. Nie istnieje taki scenariusz, w którym Rosja przestaje być problemem. Upadek Rosji jest nie mniejszym problemem niż jej agresywna polityka. Natomiast widziałem dla Ukrainy również inną rolę – rolę zachodniego „bad boya”. Wojna mocno zmieniła Ukraińców jako społeczeństwo i zmieniła też sposób myślenia ukraińskich elit. Najgorsze mają już za sobą, nie boją się wojny, nie boją się eskalacji, nie boją się wyzwań, nie boją się prowadzenia aktywnej, pełnej inicjatywy polityki. I taki kraj z doświadczonymi siłami zbrojnymi i zahartowanymi służbami specjalnymi zawsze jest potrzebny do robienia brudnej roboty. Szczególnie na Zachodzie, gdzie rządy mają daleko idące ograniczenia – z reguły z tego powodu, jak negatywnie społeczeństwa odbierają jakiekolwiek zaangażowanie się ich państw w jakimkolwiek konflikcie.
Mówiłem wtedy o tym, obserwując pewne tendencje, które były dla mnie w Kijowie zauważalne. Nie sądziłem jednak, że to wszystko tak szybko zacznie się realizować. Dwa lata później jesteśmy już po obaleniu Baszara al-Asada w Syrii. I tam nie obeszło się bez pewnego udziału ukraińskich służb po stronie ówczesnych rebeliantów. Dalej wiemy, że Ukraińcy są już w Libii i tam popierają siły tzw. Rządu Jedności Narodowej w Trypolisie w zamian za możliwość posiadania baz operacyjnych na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Mieliśmy również cały szereg potwierdzeń, że ukraińscy specjalsi od dłuższego czasu biorą udział w konflikcie w Mali, wspierając rebeliantów przeciwko juncie, która z kolei trzyma się na bagnetach niegdyś Grupy Wagnera, a dziś rosyjskiego Korpusu Afrykańskiego. Nie mówię, że porażki wspieranych przez Rosję reżimów to zasługa Ukraińców, ale z pewnością sprzyjają temu wszędzie, gdzie mogą. Działają w ramach logiki wojny asymetrycznej, uderzając z pomocą bardzo niewielkich sił w tych regionach, gdzie są obecne rosyjskie interesy. Końca wojny nie czekają, odwrotnie – oni już podczas wojny próbują, po pierwsze, stworzyć nacisk na Rosjan, by tamci doszli szybciej do pomysłu o konieczności prowadzenia poważnych rozmów pokojowych. No a po drugie, oni budują w tych regionach współpracę z innymi graczami. Zyskują przysłowiowe karty. Nie mieliby możliwości działać w tych państwach bez wsparcia z zewnątrz i bez uzgodnienia swoich interesów z interesami państw, które są w tych regionach tradycyjnie zaangażowane. Umówmy się... bez dogadania się z Turcją zapewne nie byłoby ich w Libii, a bez kontaktów i pewnego wsparcia ze strony Francuzów nie byłoby ich w Afryce Zachodniej.
Ktoś mi powiedział swego czasu, żebym przestał już reklamować tak tę Ukrainę i żebym nie zapomniał, że jest to jedynie państwo na zachodnim garnuszku. Wbrew pozorom nie uważam, by było tak naprawdę co reklamować. W tym sensie, że los państwa-twierdzy, państwa-obozu wojennego... to nie jest coś, czego warto im zazdrościć, i to też nie jest coś, o czym sami Ukraińcy kiedykolwiek marzyli. Wprost odwrotnie – zawsze ten naród dla siebie chciał tylko spokojnego rozwoju... najlepiej w ogóle bez armii i bez państwa. Trochę taka anarchia. Natomiast jedno należy im oddać: kiedy przyszedł czas trudnego testu, to stanęli na wysokości zadania mimo, że wcześniej wielu innych testów zawalili. Ale ja nadal wolę, żeby życie było nudne i żebyśmy rozmawiali o czymś mało znaczącym, budując dalej drogi i centra handlowe, zamiast wysyłać jednostki specjalne gdzieś na inny kontynent, by tam musiały likwidować naszych przeciwników.
Ukraina, po tym wszystkim, co się wydarzyło... będzie państwem, z którym nie da się po prostu nie liczyć i pomijać go w kalkulacjach. Nieważne, co i kto o tym myśli, to już się wydarzyło i wektor rozwoju wydarzeń jest już zrozumiały i raczej nie zmieni się radykalnie. Ale oni płacą za to bardzo wysoką, krwawą cenę. I to wcale nie oznacza, że będą żyć w spokoju i dobrobycie w najbliższe dekady. I znowuż – można lubić ich czy nie lubić, ale dzięki tej ich postawie rośnie szansa, że nie będziemy musieli nawet testować tych naszych sił zbrojnych i narażać polskiej młodzieży na hekatombę wojny pełnoskalowej. Jeżeli Rosja dalej będzie tak się upierać, jak się upiera, i obecne tendencje się utrzymają, to szansa na to, że Europę wielka wojna ominie, jest niemała. Co oczywiście nie oznacza, że nie będzie ogromu innych problemów łącznie z elementami tzw. wojny hybrydowej, ale w porównaniu z wielkim otwartym konfliktem będą to drobne problemy. I jeżeli tak się wydarzy, to całe to wsparcie walczącej Ukrainie opłaci się dziesięciokrotnie. Wbrew temu, co mówią w Polsce niektórzy politycy, którzy zajmują się rozwijaniem w Polakach kompleksów i graniem na ich emocjach, uważam, że to jest sytuacja, w której Polska absolutnie pragmatycznie postąpiła, sprzyjając temu, by nasz odwieczny przeciwnik, który ma roszczenia co do całego naszego regionu, został powstrzymany cudzymi rękami. Polska nie jest obiektywnie wśród żadnych przegranych tej sytuacji, jest natomiast państwem czerpiącym z niej wymierne korzyści. Jednocześnie nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie zazdrościł Ukrainie tego, że osiąga to, co jest zmuszona osiągać w obecnej sytuacji. O wiele lepiej żyć w spokoju i zlecić im te „osiągnięcia”, aniżeli samemu być do tego zmuszonym.
