Nie jest przypadkiem, że wszyscy zachodnioeuropejscy turyści, którzy przyjeżdżają z centrum Paryża do bazyliki, bardzo rzadko postanawiają zwiedzić resztę miasta. Wynika to z tego, że jest to już faktycznie niemal czysto emigrancka dzielnica o wyraźnym charakterze muzułmańskim. I właśnie wyniki w wyborach samorządowych w niedzielę 15 marca w miasteczku Saint Denis były na tyle znaczące, że wzbudziły uwagę francuskich mediów.

 

Już w pierwszej turze zwyciężył ciemnoskóry imigrant z Mali o imieniu Bally, a nazwisku Bagayoko. Startujący z listy komunistycznej LFI francuskiego skrajnego lewaka Jean-Luca Mélenchona, pan Bagayoko wygrał już w pierwszej turze zdobywając 50,77% głosów. Dotąd urzędujący burmistrz Mathieu Hanotin z partii socjalistycznej zdobył jedynie 32,70% głosów. Zwycięzca został przywitany przy gromkich dźwiękach bębnów i okrzyków hasłem: „A czyj to ratusz?”.

 

Dlaczego te wybory przyciągnęły taką uwagę? Francuska lewica od ponad trzech dekad wykorzystywała rosnącą populację migrantów do ułatwiania sobie zwycięstw. Biali socjaliści czy komuniści zabiegali o głosy imigranckie, a przy okazji korzystali z tego, że świeżo upieczeni Francuzi zazwyczaj niechętnie podchodzili do partii prawicy jako ugrupowań, które zazwyczaj domagały się ostrzejszej i bardziej rygorystycznej polityki wobec imigrantów. Podparyskie Saint Denis stanowiło bastion komunistów od 1945 roku.  Raz tylko stracili władzę w 2020 roku, kiedy to merostwo przejął socjalista Mathieu Hanotin. Jak wskazał komentator francuskiej sceny politycznej Adam Gwiazda z Paryża: „Hanotin porządził raptem jedną kadencję a przez przeciwników z lewicy krytykowany był za prawicowość. Co to za prawicowość? Na przykład takie działania jak priorytet dla kwestii bezpieczeństwa, uzbrojenie policji miejskiej, brak kontaktu z niebiałymi mieszkańcami, co ilustrować miała np.jego wizyta na jednym z blokowisk w kamizelce kuloodpornej”.

W tym roku kandydat socjalistów ubiegał się o reelekcję w ramach koalicji z ekologami. W odpowiedzi wspólna lista La France Insoumise oraz Partii komunistycznej. Pierwsze z tych ugrupowań wprost głosi, że jest zwolennikiem nowej Francji, która ulegnie „skreolizowaniu”, czyli pełnemu wymieszaniu rasowemu

A w obozie melenchonistów od dawna już pojawiła się frakcja czysto imigrancka, która zaczęła krytykować białą lewicę. Jej przedstawicielką jest pani Danièle Obono urodzona w 1980 roku w afrykańskim Gabonie. Przedstawia się jako wyznawczyni idei lewicowych, ale drugim mężem jej matki, nota bene katoliczki, był muzułmanin, jednocześnie praktykujący wierzenia animialistyczne. To pani Obono zasłynęła krytyką tradycyjnego komunistycznego święta Fete de L’humanité jako święta białej lewicy. Ten nurt lansuje popieranie przez ciemnoskórych kandydatów o takiej samej karnacji, bez silenia się na hasła „lewicy ślepej na kolor skóry”. W myśl tych haseł 150—tysięczne Saint Denis, drugie po Paryżu miasto regionu Ile de France wybrało burmistrza imigranckiego. To efekt sytuacji, w której ponad połowa miasta to stosunkowo świeży przybysze z innych kontynentów. Jak trafnie wskazuje Adam Gwiazda, francuska biała lewica chciała i chce nadal zrobić sobie z imigrantów janczarów i mięso armatnie, ale jak się okazuje, zaczyna to kończyć się dla niej nie najlepiej.

No cóż, przewidział to już francuski pisarz Michel Houellebecq w powieści „Uległość”. Ale kto tam na francuskiej lewicy zwraca uwagę na takie ostrzeżenia?