W czerwcu 2025 roku Romaszewska-Guzy opublikowała „List do przyjaciół Białorusinów i Ukraińców”, w którym wyjaśniała, dlaczego oddała głos na Karola Nawrockiego. Dziś podtrzymuje swoje argumenty.

„Dla znacznej części polskiego społeczeństwa – i dla mnie również – najważniejsze były sprawy wewnętrzne Polski” – podkreśla. Wskazuje na potrzebę równowagi władzy oraz kontynuację strategicznych projektów gospodarczych, takich jak Centralny Port Komunikacyjny czy budowa elektrowni jądrowej. „To przeważyło nad kwestiami międzynarodowymi” – zaznacza, choć jednocześnie przyznaje, że „retoryka przedwyborcza Nawrockiego wobec Ukrainy nie była mi bliska”.

Po kilku miesiącach urzędowania Romaszewska-Guzy ocenia politykę wschodnią prezydenta umiarkowanie pozytywnie. „W tych obszarach, w których realnie może działać, raczej pozytywnie mnie zaskoczył” – mówi. Zwraca uwagę, że Nawrocki nie ma dużego doświadczenia w polityce międzynarodowej, dlatego nie oczekiwała spektakularnych sukcesów. „Ale nie popełnił wielu błędów – a to już coś”.

Jednocześnie ostrzega przed skutkami nieostrożnych wypowiedzi. Przypomina słowa prezydenta, że „dziś nie widzi Ukrainy ani w Unii Europejskiej, ani w NATO”, dopóki nie zostaną rozwiązane istotne kwestie historyczne. „Politycy muszą bardzo uważać na swoją retorykę” – podkreśla. – „Takie stanowisko nie odpowiada polskim interesom. Ukraina jest potrzebna w tych strukturach i prędzej czy później w nich będzie”.

Szczególne emocje wzbudziły w Polsce i na Ukrainie słowa o rzekomym braku wdzięczności Kijowa wobec Warszawy. Romaszewska-Guzy nie kryje irytacji w tym względzie: „Szczerze mówiąc, nawet ja nie mogłam tego słuchać. Domaganie się od Ukrainy większej wdzięczności jest absurdem”.

Jednocześnie wskazuje na głębszy problem. „Nie chodzi o wdzięczność, lecz o partnerstwo” – tłumaczy. Jej zdaniem w ukraińskim establishmencie Polska bywała traktowana jako oczywisty, niejako „domyślny” sojusznik, którego wsparcie nie wymaga dodatkowych zabiegów dyplomatycznych. Przywołuje przykład trudności z organizacją wywiadu z prezydentem Ukrainy dla polskich mediów w pierwszych miesiącach po 24 lutego 2022 roku. „Na tym tle wyglądało to tak, jakby pomoc Polski była czymś oczywistym, czymś, co po prostu się należy”.

Najmocniejsze słowa padają w kontekście działań Moskwy. „Potencjalny polsko-ukraiński sojusz – nawet jeśli brzmi idealistycznie – jest dla Rosji śmiertelnym zagrożeniem” – stwierdza Romaszewska-Guzy. – „Dlatego Rosja robi wszystko, by nawet możliwości takiego sojuszu nie dopuścić”.

Wskazuje trzy główne obszary rosyjskich działań hybrydowych. Pierwszy to nierozwiązane kwestie historyczne, zwłaszcza pamięć o zbrodni wołyńskiej. „Ten ból był przez dekady zakopany. Setki tysięcy ludzi nie mogły mówić o swojej traumie aż do 1989 roku” – podkreśla. Jej zdaniem w Ukrainie długo nie dostrzegano, jak głęboka jest ta rana w polskiej pamięci zbiorowej. „Ten ból prędzej czy później musiał się przebić. A Rosja dziś aktywnie wykorzystuje brak przepracowania tego tematu”.

Drugi obszar to napięcia społeczne wynikające z masowej migracji. „Przybycie dużej liczby migrantów w krótkim czasie zawsze rodzi napięcia” – zauważa.

Trzeci to konkurencja gospodarcza, zwłaszcza wokół eksportu ukraińskiego zboża. „Błędem było to, że Ukraina, mając zgodę Brukseli, nie próbowała uzgadniać swoich działań z Warszawą” – ocenia.

Czy można ograniczyć skuteczność rosyjskich działań? Romaszewska-Guzy uważa, że tak – ale wymaga to systemowej pracy. „Państwo powinno mieć zerową tolerancję wobec mowy nienawiści i podżegania do wrogości w internecie” – mówi. Zwraca uwagę, że w Polsce brakuje realnych wyroków za organizowanie sieci trolli. „Nie trzeba wymyślać nowych przepisów. Wystarczy stosować istniejące prawo”.

Drugim elementem jest szerszy dialog elit. „Dziś jest on zmonopolizowany po obu stronach” – zauważa. W Polsce dominuje nurt liberalny, w Ukrainie – elity zachodnioukraińskie. „Ta nierównowaga tworzy fałszywe wyobrażenia i daje przeciwnikowi kolejne narzędzia do dzielenia nas”.

Zapytana o przyszłość polskiej sceny politycznej przed wyborami parlamentarnymi w 2027 roku, Romaszewska-Guzy tonuje nastroje. „Myślę, że szczyt radykalizacji mamy już za sobą” – ocenia. – „Emocje są płynne. Tak jak szybko minęła fala współczucia wobec Ukrainy, tak szybko może minąć fala niechęci”.

Jednocześnie ostrzega przed rosnącym „narodowym egoizmem”. „Polacy nie rozumieją, jak blisko jest zagrożenie” – mówi. To zdanie brzmi jak przestroga – nie tylko dla polityków, ale dla całych społeczeństw po obu stronach granicy.