Bp Mutsaerts przypomniał, że w jego diecezji pod koniec lat 50-tych i na początku 60-tych dominowali katolicy. Stanowili oni aż 97 proc. mieszkańców, a 96 proc. z nich brało udział w niedzielnej Mszy św. Niestety po Soborze Watykańskim II holenderski Kościół zachował się jak „dobrze wychowane dziecko w klasie”, które stało się „najbardziej zbuntowanym dzieckiem w klasie, chcącym zreformować Kościół powszechny”.

Biskupi holenderscy, ulegając wpływom progresywnych teologów, zwłaszcza belgijskiego księdza Edwarda Schillebeeckxa oraz kard. Jana Alfrinka, a także pod wpływem ideałów „wyzwolenia seksualnego” lat 60-tych opublikowali w 1966 r. budzący kontrowersje katechizm, który przedstawiał niejednoznaczną naukę w kluczowych kwestiach, takich jak grzech pierworodny, Kościół, boskość Chrystusa i zbawienie. W latach 1968-1970 zwołano synod duszpasterski, na którym forsowano reformy, a wśród proponowano zniesienie celibatu księży. Wprowadzono też „innowacje” liturgiczne, takie jak usunięcie balasek czy odprawianie Mszy św. twarzą do wiernych, zamiast ad orientem.

Bp Mutsaerts zauważył, że mimo wezwania kard. Alfrinka do Rzymu przez papieża Pawła VI i ostatecznie jego rezygnacji, szkody zadane Kościołowi w Holandii były już tak duże, że doprowadziły do całkowitego upadku praktyk religijnych. Uczestnictwo w sakramencie spowiedzi spadło z 90 proc. do 10 proc. w ciągu zaledwie roku lub dwóch lat, a dzisiaj tylko 2 proc. holenderskich katolików uczestniczy w niedzielnej Mszy św. „Chcieliśmy być tak mili dla społeczeństwa, że utraciliśmy naszą tożsamość. I to było głównym problemem w Holandii. Nie było żadnej różnicy między poglądami katolickimi a poglądami w społeczeństwie” – powiedział holenderski biskup.

Podobną sytuację bp Mutsaerts dostrzega w przypadku niemieckiej Drogi synodalnej, gdzie oprócz relatywizacji prawdy, widzi zamieszanie doktrynalne i moralne oraz nacisk, by dostosować się do społeczeństwa świeckiego. „Naprawdę trudno nam zrozumieć tę liberalną drogę, którą podążają. (...) To nigdy nie wychodzi na dobre” – powiedział biskup o sytuacji w Niemczech, wskazując na wnioski, jakie można wyciągnąć z holenderskiego doświadczenia.

Zdaniem holenderskiego prałata zamieszanie w Niemczech pojawiło się zwłaszcza za pontyfikatu papieża Franciszka, który uznał za problematyczny i prowadzący do konfuzji i podziałów. Biskupi niemieccy zaczęli wówczas posługiwać się nowym językiem. Przy okazji zaznaczył, że tzw. „konserwatywni katolicy” są „po prostu zwykłymi katolikami”. Zwracając się do biskupów niemieckich powiedział: „Cóż, albo jesteście katolikami, albo nie. Dajecie dobry przykład albo nie. Mówicie jasno albo nie. A jeśli nie, proszę, ustąpcie ze stanowiska”.

Jak zauważył Andreas Wailzer, w przypadku Holandii reakcja nastąpiła za pontyfikatu św. Jana Pawła II i Benedykta XVI, kiedy umieścili oni „ortodoksyjnych ludzi na stanowiskach władzy, czego rezultatem stał się konserwatywny episkopat w Holandii dzisiaj”. Do tych ortodoksyjnych hierarchów publicysta zaliczył bp. Mutsaertsa i kard. Willema Eijka, którzy „publicznie bronią tradycyjnej nauki katolickiej w kwestiach takich, jak małżeństwo i seksualność”.