Według relacji pasażerów, do których dotarł portal, sytuacja była napięta już wcześniej. „Jeszcze przed wejściem na pokład był ewidentnie pod wpływem alkoholu” – miał przekazać jeden ze świadków. Po rozpoczęciu lotu atmosfera tylko się zaostrzyła.

Jak relacjonowano, prezes po wejściu do samolotu zwrócił się do swojej grupy słowami: „Kiedy wylądujemy w Warszawie, idziemy jeszcze na rozchodniaka!”. Wypowiedź ta – szeroko cytowana w mediach – stała się symbolem całej sytuacji. Według pasażerów zachowanie grupy było głośne, a dostępność alkoholu na pokładzie miała dodatkowo podsycić atmosferę. „Było bardzo głośno” – podkreślano w relacjach.

Sytuacja miała eskalować, gdy jeden z pasażerów próbował zwrócić uwagę hałaśliwej grupie. Jak podaje Onet, „pasażer, który próbował go uciszyć, został (…) zatrzymany na lotnisku i przeszukany pod kątem narkotyków i materiałów wybuchowych”. Okoliczności tej interwencji nie zostały jednak oficjalnie wyjaśnione.

Do sprawy odniosły się Polskie Linie Lotnicze LOT, potwierdzając, że „11 marca (…) odnotowano zdarzenie na pokładzie”. Jednocześnie przewoźnik zaznaczył, że nie udziela szczegółowych informacji dotyczących przebiegu sytuacji ani osób, które mogły być w nią zaangażowane.

Nieoficjalne relacje wskazują, że lot miał być „bardzo intensywny”, a załoga „miała co robić”, próbując opanować sytuację. Według świadków zachowanie jednego z pasażerów było na tyle trudne, że „żona nie była w stanie go uspokoić”.