Na nowych osiedlach miejskich nie słychać gwaru rozbawionych dzieci, a na przygotowanych dla nich placach zabaw spacerują ludzie z „psieckami”. To niebezpieczny znak naszych czasów. Powszechnie znana wiedza, że psy bardzo dobrze wpływają na wychowanie dzieci, zastąpiona została ideą wychowywania psów jak dzieci; w polskich domach żyje lub wychowuje się ponad 6 mln psów, a dzieci rodzi się rocznie mniej niż 300 tysięcy.
I tak niczemu niewinne psy wygrywają konkurencję z dzietnością.
Skąd to się bierze? – „Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham swojego psa.” (Mark Twain). Słowa te, jakże proroczo wypowiedziane przez pisarza, wieszczą kryzys relacji między ludźmi zagubionymi w niepewnym, cyfrowym świecie, otoczeniu bez wartości. Psy zaczynają wypełniać pustkę, usypiać samotność, kompensować brak przyjaźni i lęk przed posiadaniem potomstwa.
Z roli przyjaciela człowieka stają się całym jego światem – wspaniałe zwierzęta, które od setek lat towarzyszyły człowiekowi, bywały członkami rodzin. Niegdyś udomowione miały chronić domostwo i ostrzegać przed zbliżającym się niebezpieczeństwem lub, jak psi arystokraci, towarzyszyć wyższym sferom, bawiąc i ozdabiając je.
Rasowe psie piękności – część stylizacji i symbol statusu lub ekstrawagancji – ich właścicieli? opiekunów? partnerów?
„Przepraszam, czy ja byłam z pieskiem, czy bez?” – uroczo zagaja hrabina Beata Tyszkiewicz grająca hrabinę Żwirską w „Vabank 2”. Psy paradujące w szaliczkach Burberry czy różnej, przepraszam za tupet, maści markowych, modnych ubrankach to niemal codzienność. Takie nieszkodliwe, nikomu nieprzeszkadzające dziwactwo.
W psich trendach, w ramach uczłowieczania, wciąż idziemy o krok dalej, nie pytając czworonogów, czy lubią te ludzkie kaprysy i przebieranki, pakując je do wózków dziecięcych. Za modą, która ogarnęła USA czy Japonię, dotrzymujemy już kroku w Polsce. Widok słodkiego psiecka w wózku dla niemowląt budzi zdziwienie, ale nie emocje negatywne.
Być może wkrótce Międzynarodowy Dzień Psa będzie huczniej obchodzony od Dnia Dziecka, umacniając pozycję czworonogów w społeczeństwie.
Język polski również śmiało podąża za zmianami kulturowymi – uczłowieczania zwierząt – nadając pojęciom i nazwom z życia czworonogów brzmienie zapożyczane z doświadczeń i słownika homo sapiens. Choć w tym względzie językoznawcy są podzieleni. Nie „przygarnia” się już psa ze schroniska, lecz go adoptuje; zwierzę też umiera, a nie zdycha. Brzmi dziwnie i ponad rozmiar społeczny. W mediach toczy się językowa batalia o równe prawa dla zwierząt, w tym psów: „godne życie bez niedostatku, trosk, zmartwień lub złego traktowania”. Chciałoby się zacytować A. Fredrę: „Znaj proporcje, mocium panie”.
A w tej euforii dobroci dla braci mniejszych umyka empatia do ludzi, wzrasta wrogość i nienawiść w relacjach publicznych. W gruncie rzeczy ludzie szczekają na siebie głośniej niż ich psy. Te same celebrytki, które bez skrupułów obrażają lub biją swoje koleżanki, są niesłychanie ckliwe dla psów. Człowiek człowiekowi wilkiem, a pies, choć jest protoplastą wilka, swojemu panu nie odwarknie, nie odszczeka się i nie obgada. Wilki natomiast podchodzą już pod nasze domostwa i wmawia się nam, że są bardzo płochliwe – tylko patrzeć, jak zostaną udomowione. Łańcuch pokarmowy wilka nie obejmuje współczucia dla ich ofiar? Nie należy roztkliwiać się nad danielami, sarnami, dzikami, które wilk ekologicznie pożera?
Zbilansowani kynolodzy ostrzegają – pies to nie człowiek, traktowanie psów jak ludzi może powodować więcej szkody niż pożytku – dla czworonogów oczywiście.
Zamieszanie w sprawie roli psa dla człowieka wpisuje się w kulturowy galimatias, pomieszania z poplątaniem politycznej poprawności, wielokulturowości itp. Może dobrze i zdrowo by było, gdyby pies pozostał psem przyjacielem, rodzina pozostała rodziną posiadającą dzieci, a nie przebrane i przybrane „psiecka”.
Człowiek psa nie obszczeka, „psiecko” człowiekowi nie odpyskuje.
A dziecko...
Joanna Formela
