Słynne były słowa reżysera Andrzeja Wajdy, który na wieść o gigantycznym sukcesie frekwencyjnym filmu wypowiedział znamienne słowa: „Pasikowski jako taki specjalnie mnie nie interesuje. Natomiast interesuje mnie jego publiczność. Bo on coś wie o tej publiczności, czego ja nie tylko nie wiem, ale może nawet nie chciałbym wiedzieć”. Istotnie zderzenie postaci Andrzeja Wajdy, który w tamtych latach często był postrzegany jako twórca dwóch filmów „Człowiek z marmuru” i „Człowiek z żelaza” – swego rodzaju solidarnościowej mitologii z osobą Pasikowskiego i jego filmem znamionowała ważny zwrot w mentalności społecznej.

Warto jednak zacząć od samej treści filmu. Jego akcja umiejscowiona jest niemal w czasie rzeczywistym okresu, gdy film trafił na ekrany. Bohaterem „Psów” jest oficer komunistycznej SB Franciszek „Franz” Mauer. Film zaczyna się od sceny weryfikacji przed specjalną komisją Mauera. Już od samego początku staje się jasne, że były esbek zostaje przedstawiony w filmie jako ofiara idiotyzmu i niekompetencji świeżo awansowanych na wysokie stanowiska w MSW byłych działaczy Solidarności.

Filmowy szef komisji weryfikacyjnej przedstawia się jako polityk ugrupowania o nazwie „Chrześcijańska Unia Jedności”. Było oczywiste, że każdy widz dośpiewa sobie jak brzmi skrót od tej nazwy. Ale była to też złośliwa aluzja do licznych w tym czasie ugrupowań, które już w samej nazwie nawiązywały do związków z wiara i światopoglądem katolickim i często przyjmowały w nazwie przymiotnik chrześcijański tak jak to było w wypadku „Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego” czy „Partii Chrześcijańsko-Narodowej”.

Jedna z kolejnych scen przedstawiała palenie dokumentów z operacyjnej działalności przeciw opozycji w wykonaniu Mauera oraz jego znajomego z pracy Olgierda „Olo” Żwirskiego. Całość dopełnia jeszcze groteskowa postać nowo zatrudnionego policjanta porucznika Waldemara Morawca, który powiadamia zwierzchników o paleniu akt i jest przedstawiony jako groteskowy i odrażający kapuś. Najbardziej znanym przekroczeniem dotychczasowych standardów zbiorowej wyobraźni była scena bijatyki byłych esbeków w restauracji, w trakcie której jeden z oficerów upija się do nieprzytomności a koledzy z dawnej SB wykorzystują to do wyniesienia pijanego w sztok kolegi parodiując wyniesienie zwłok zabitego stoczniowca w grudniu 1970 roku w Gdyni poprzez głośno śpiewając: „Janek Wiśniewski padł”.

Oprócz politycznych prowokacji sam film miał ambicję wykreowania nowego typu polskiego filmu kryminalnego wzorowanego na amerykańskich wzorcach. Nie był to przypadek. Reżyser Władysław Pasikowski uczył się fachu jako asystent u boku Juliusza Machulskiego, twórcy takich hitów ja Vabank 1, Vabank 2 i V.I.P. Fascynacja amerykańskich filmów gangsterskich była znaną słabością Machulskiego i nic dziwnego, że jego podopieczny wcielił te fascynacje w filmowe życie tym razem w polskich realiach. Sprzyjała temu zresztą aura lat 90-tych, kiedy to zwalniani ze służby esbecy sią rzeczy lgnęli do struktur mafijnych lub też współpracy z mafią sowiecką. Dlatego w filmie pojawiają się byli agenci Stasi, którzy po usunięciu ze służby przerzucają się na biznesy międzynarodowe czy polscy producenci amfetaminy szykujący się do podbijania rynków zachodnich. Trafne też jest pokazanie, że ci esbecy, którzy przeszli weryfikację przystępując do walki z rodzącymi się w Polsce sieciami mafijnymi bardzo często stykali się ze swoimi byłymi kolegami z pracy, którzy trafili do środowisk przestępczych.  Ta dawka prawdziwych realiów szybko tworzącego się nowego świata narkobiznesu i zbrodni aż prosiła się o drastyczny i drapieżny obraz.

Cały ten koktajl Pasikowski doprawił jeszcze zjadliwym mizoginizmem i apologią twardzieli przyzwyczajonych do zabijania, którzy w zakłamanym świecie per saldo są o wiele bardziej na swój sposób uczciwi niż przedstawiciele opozycji, którzy weszli do służb z ideałami na ustach a sami okazali się szybko tak samo skorumpowani i niemoralni jak ubecy, z których rzekomo zrobiono kozłów ofiarnych.

Film był zwiastunem paru zjawisk. Po pierwsze dawna nomenklatura, która zamieniła książeczki partyjne na książeczki czekowe – jak to się wtedy mawiało, była zainteresowana odwróceniem ról. Na tej tendencji wyrósł m. in. tygodnik „Nie” Jerzego Urbana. A tradycji obozu solidarnościowego niespecjalnie kto miał bronić.

Czołowe wówczas medium opiniotwórcze „Gazeta Wyborcza” kpiła z antykomunizmu i atakowała byłych opozycjonistów, którzy zakładali partie prawicy chrześcijańskiej. Na dodatek elity solidarnościowe blokując próbę lustracji przeprowadzoną przez Antoniego Macierewicza same wykazały się tchórzostwem i niezdolnością do rozliczenia się z własną przeszłością. W tej sytuacji wytwarzał się tzw. syndrom grzesznego proboszcza. Młoda generacja rozczarowana skłóconą i wzajemnie dyskredytującą się elitą Solidarności, która doszła do władzy chętnie kupiła podsuwany przez Pasikowskiego wizerunek twardych uboli jako odpowiedników twardych facetów z amerykańskich filmów gangsterskich.

Pomysł realizacji filmu o byłym esbeku jako bohaterze pozytywnym wymyślił ponoć aktor Olaf Lubaszenko. Pasikowski z kolei z chęcią wszedł w ten projekt wiedziony przekorną chęcią wystąpienia przeciwko tradycji kina moralnego niepokoju z lat 70-tych. Oczywiście film natychmiast dostał dofinansowanie przez agencję produkcji filmowej mimo obiekcji części ekspertów. Wojciech Marczewski, nota bene właśnie jeden z reżyserów „kina moralnego niepokoju” atakować miał scenariusz jako głupi, nieprawdziwy i nieuczciwy. Z kolei Maciej Iłowiecki w stanie wojennym działacz zdelegalizowanego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich zarzucał dziełu Pasikowskiego, że „uromantycznia ubecję”. Jednak co charakterystyczne dla ówczesnych czasów przeważyła pozytywna opinia pięciorga innych ekspertów, którzy reprezentowali wrażliwość bardzo odległą od solidarnościowej.

Oczywiście część mediów przyjęła film mimo wszystko z pewnymi wątpliwościami, ale bardzo szybko stara gwardia, która sama miała rozmaite grzeszki z PRL-u – dostrzegła szanse dla siebie w entuzjastycznym lansowaniu filmu.

I wreszcie film „Psy” był zwiastunem zmiany politycznych nastrojów. Dokładnie osiem miesięcy po premierze filmu Pasikowskiego postkomuniści z SLD wygrali wybory i doszli do władzy razem z postkomunistycznym PSL. Jak to słusznie wskazał Andrzej Wajda Pasikowski nie tylko wiedział coś o emocjach swojej publiczności, ale i tez przeczuł jak zmiana w nastrojach może przełożyć się na zmianę polityczną. I rzeczywiście lata 90-te były dla Pasikowskiego złotą passą, w ramach której reżyser nie zapomniał o wybielaniu byłych ludzi tajnych służb PRL czego najlepszym przykładem będzie film „Operacja Samun” z 1999 roku.

Piotr Semka