Zapytany o dostęp do opieki okołoporodowej premier zapewniał: „Nie ma w Polsce problemu dostępu do porodówek. Mamy w Polsce najgęstszą sieć w Europie, najgęstszą sieć w Europie”.

Gdy jednak padł konkretny przykład Leska, odpowiedź była jednoznaczna: „Nie, nie jest zamknięta”.

Problem w tym, że – jak wskazują dane i publikacje branżowe – oddział położniczy w Lesku najpierw został zawieszony w połowie 2025 roku, a następnie definitywnie zamknięty pod koniec ubiegłego roku. To była ostatnia porodówka w Bieszczadach, regionie, w którym dostęp do służby zdrowia i tak jest skarnie ograniczony.

Dziennikarz Patryk Słowik skomentował sytuację wprost: „To kłamstwo. Porodówka w Lesku została zamknięta”.

Z danych przywoływanych przez media wynika, że w 2024 roku w Lesku odbyło się 198 porodów, a w pierwszej połowie 2025 roku – 74. Oddział generował straty rzędu około 500 tys. zł miesięcznie, co stało się jednym z argumentów za jego likwidacją.

Jednak dla mieszkańców regionu nie są to jedynie liczby. To realny problem – konieczność pokonywania dziesiątek kilometrów w sytuacjach nagłych, często w trudnych warunkach terenowych.

Warto podkreślić, że to kolejna „wpadka” premiera i wpisuje się w szerszy obraz działań rządu, który – zdaniem krytyków – coraz częściej rozmija się z rzeczywistością odczuwaną przez obywateli. Być może już nawet zaczyna się poruszać w alternatywnej rzeczywistości.

Szczególnie ostro brzmi w tym kontekście wcześniejsza deklaracja Tuska: „Nie jestem politycznym samobójcą. Chyba nikt nie może pomyśleć, że wpadłem sobie na pomysł, żeby wkurzyć setki tysięcy kobiet”.

Tymczasem to właśnie kobiety – szczególnie te mieszkające poza dużymi miastami – najbardziej odczuwają skutki ograniczania dostępu do opieki zdrowotnej.

Symboliczna sprawa z KPRM

Krytycy rządu przypominają również inną głośną sprawę – zwolnienie urzędniczki z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów po urodzeniu przez nią dziecka. Sprawa ta także stała się symbolem rozdźwięku między deklarowaną przez rząd polityką prorodzinną a realnymi decyzjami kadrowymi.

W zestawieniu z likwidacją porodówek i problemami systemu ochrony zdrowia tworzy to obraz, który trudno pogodzić z narracją o trosce o polskie rodziny. To – niestety – bardziej wygląda na stopniowo postępującą destrukcję.