Mimo swojego ogromnego zaangażowania w wydarzenia na Ukrainie od początku pełnoskalowej inwazji Rosji i kluczowej roli naszego państwa w regionie, rządowi Donalda Tuska nie udało się zachować właściwej naszemu państwu pozycji przy stole, przy którym ustala się najważniejsze kwestie dot. Ukrainy. Jednym z ostatnich tego symboli było spotkanie w Londynie, gdzie na początku miesiąca rozmawiali prezydenci Ukrainy i Francji, premier Wielkiej Brytanii oraz kanclerz Niemiec. Szefa polskiego rządu nie zaproszono.

Wczoraj na portalu „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ukazał się wywiad z szefem polskiego MSZ Radosławem Sikorskim, który upomniał się o należne Polsce miejsce.

- „Jesteśmy na pierwszej linii frontu, ponosimy ryzyko. Dlatego w sprawie Ukrainy domagamy się miejsca przy stole negocjacyjnym”

- oświadczył.

Zauważył, że „między Morzem Czarnym, Bałtyckim i Adriatyckim w UE żyje 120 mln ludzi, a łącznie ze Skandynawią to 150 mln ludzi, którzy są o wiele bardziej bezpośrednio zagrożeni rosyjską agresją niż Niemcy”.

- „Nie można ignorować jednej trzeciej UE. Francusko-niemiecki silnik jest zbyt mały, aby napędzać tak duży pojazd, jakim stała się UE”

- podkreślał.

Do sprawy odniósł się rzecznik niemieckiego rządy Stefan Kornelius, który zapewnia, że „europejskie działania negocjacyjne w sprawie Ukrainy będą zawsze ściśle koordynowane z polskim rządem”. Stwierdził jednak, że „nie jest to odpowiedni moment na dyskusję o formatach ani o udziale”. Zaznaczył, że obecnie nie toczą się żadne rozmowy z Rosją. Zastrzegł również, iż „Niemcy nie mają również wiodącej pozycji w decydowaniu, kto prowadzi negocjacje”.