Jednym z tematów, który jest obecnie aktywnie podejmowany w dyskusji publicznej w Polsce, jest kwestia tego, jak kryzys w stosunkach z Ukrainą wpłynie na proces odbudowy Ukrainy po wojnie i udział w tym procesie polskich firm. Czy rzeczywiście jest tak, że ta sytuacja w jakiś znaczący sposób zmienia położenie Polski w tym potencjalnym procesie odbudowy? Spróbujmy rozłożyć to na czynniki pierwsze.
Po pierwsze... cała rozmowa o powojennej odbudowie Ukrainy jest mocno teoretyczna. Żeby proces odbudowy mógł wystartować na pełnych obrotach, musi zostać podpisane porozumienie pokojowe czy zawieszenie broni z jakąś gwarancją, że w najbliższe lata i dekady ten konflikt nie wybuchnie ponownie. Żeby państwa i prywatne firmy chciały inwestować w odbudowę tego państwa, to nie może być po prostu zamrożenie linii frontu z okresami spokoju i okresami eskalacji, w ramach których strony sporadycznie będą się okładać ostrzałami i uderzeniami rakietowymi. Na dzień dzisiejszy nic nie wskazuje na to, że Rosja w jakikolwiek sposób gotowa jest po prostu odpuścić sobie Ukrainę i zaakceptować jej utratę. Że jest gotowa pozwolić jej się rozwijać i się bogacić. Wprost odwrotnie – na razie wszystko wskazuje na to, że nawet gdyby Rosja była zmuszona do zawarcia jakiegokolwiek porozumienia, to będzie chciała zostawić dla siebie okienko pozwalające stale utrzymywać Ukrainę w napięciu i nie pozwolić jej odbudować swojej gospodarki, nie mówiąc już o integracji z gospodarką europejską czy po prostu o wzroście gospodarczym.
Nie jesteśmy dziś w stanie powiedzieć, jak długo jeszcze potrwa ta wojna, czy Putin zostanie przymuszony, by usiąść przy stole rokowań, czy odwrotnie – zmobilizuje jeszcze więcej sił i środków i spróbuje osiągnąć swoje cele poprzez kolejny etap eskalacji. Wszelkie rozmowy na odpowiednich konferencjach odnośnie do tego, jaki kraj weźmie odpowiedzialność za konkretny ukraiński region i prace w nim nad odbudową infrastruktury, są pozbawione sensu. Przynajmniej jeżeli chodzi o określenie szczegółów tego procesu. Z prostego powodu – nie wiemy, co jeszcze zrujnują Rosjanie i jakie regiony z tego powodu ucierpią. Na Ukrainie jest jeszcze sporo obiektów, których dewastacja może doprowadzić do bardzo poważnych skutków nie dla oddzielnych miejscowości, tylko całych regionów. Przykładem tego było wysadzenie zapory w Kachówce, które doprowadziło do zrujnowania całego systemu nawadniania południa kraju. Do końca wojny nie jesteśmy więc w stanie określić, jaki teren będzie Ukraina kontrolować i jaki będzie stan infrastruktury i miast na tym terenie.
Po drugie... Jest jeszcze kwestia konferencji w Gdańsku, która prezentowana jest jako wyjątkowa okazja dla Polski, która – jeżeli się nie zrealizuje – sprawi, że polskie firmy nie będą miały szans w tym „wyścigu”. W praktyce nie ma bezpośredniego związku pomiędzy szansą w konkurencji z innymi europejskimi firmami, a tym, gdzie konkretnie konferencja ma miejsce – w Polsce czy innym kraju. Niezależnie od tego, gdzie i kiedy by się one nie odbyły, nikt nie przeszkadza polskim firmom i urzędnikom brać udziału w podobnych konferencjach. Z drugiej strony, jeżeli się okaże, że Polska nie ma tutaj przewag konkurencyjnych nad innymi państwami, to na pewno nie stanie się tak z tego powodu, że konferencja odbyła się nie w Gdańsku, tylko w Wiedniu czy Sztokholmie.
Po trzecie... nie jest też tak, że jeżeli do tej wielkoskalowej odbudowy Ukrainy dojdzie, to Polska może zostać pominięta w tym procesie. Wręcz odwrotnie – nawet jeżeli w najgorszym wypadku polskie firmy nie będą w czołówce tych, którzy dostaną kontrakty na Ukrainie, Polska nadal jest krajem tranzytowym, przez który przepłynie ten ogromny potok zasobów i pieniędzy. Przy czym, jeżeli w przypadku logistyki wojennej można jeszcze uważać, że przy pewnym wysiłku logistykę tę można przekierować przez Rumunię czy Morze Czarne, to w przypadku odbudowy Ukrainy Polska będzie niezastępowalna przy komercyjnym ruchu z zachodu na wschód i na odwrót.
Poza tym polska branża produkcji materiałów budowlanych jest dobrze rozwinięta i od bardzo dawna zajmuje porządne miejsce na rynku ukraińskim. Polskie marki są tam dobrze znane, więc tak czy inaczej, w sytuacji, kiedy Ukraina zamieni się w wielki plac budowy, tak duży rynek będzie potrzebował ogromnej ilości materiałów budowlanych, co stworzy też możliwości dla polskich producentów. Bo odbudowa to nie tylko wielkie kontrakty na infrastrukturę, to też ogromna liczba mniejszych obiektów, które będą budowane w całym kraju. I polskie firmy, nawet w najgorszym scenariuszu, nadal zarobią na tym krocie po prostu z tego względu, że już teraz mają tam dobre pozycje.
Jednym słowem, nawet jeżeli Polska napotka przeszkody natury politycznej i jej bezpośredni udział w odbudowie Ukrainy będzie marginalny, to ten cały proces – po prostu ze względu na pozycję polskiego sektora budowlanego i geografię – da wymierne korzyści naszej gospodarce. Polski nie da się pominąć w procesie odbudowy Ukrainy... jeżeli takowy będzie miał miejsce.
