Z sześciu pełnych kampanii samorządowych w Gdańsku, w trzech potencjał zmiany w pierwszej turze był większy niż zgoda na kontynuację pracy dotychczasowego zarządcy. Przegrywając z osobna ostatnie wybory parlamentarne, D. Tusk, Sz. Hołownia, W. Kosiniak-Kamysz, W. Czarzasty, wygrali... władzę w Polsce. Czy w Gdańsku byłoby to możliwe?
Skoro upadł w Krakowie baron Koalicji Obywatelskiej, prezydent Aleksander Miszalski, skoro z Zabrza wygoniono prezydent Agnieszkę Rupniewską, skoro intensywnie zbierane są podpisy w Radomiu i Częstochowie, to znaczy, że demokratyczna wola ludu miejskiego wobec narastającego autorytaryzmu polityków samorządowych jest jeszcze siłą sprawczą. Żałosne kwilenie Miszalskiego, by bojkotować referendum i hipokryzja jego poprzednika, politycznego promotora, Jacka Majchrowskiego, który pouczał lud krakowski, że kadencja samorządu to umowa na czas określony, ujawniły obskurne oblicze lokalnych dyktatur. Zamiast zgody na publiczne wotum zaufania, nędzne, taktyczne próby pomniejszenia urody referendum jako mechanizmu lokalnej kontroli społecznej.
Choć Aleksandra Dulkiewicz, prezydent Gdańska, przeciwnie niż dwukrotnie przez radnych dyskwalifikowany w Krakowie J. Majchrowski, o absolutorium martwić się nie musiała, nie musi też dzisiaj drżeć o to, że stanie pod referendalnym pręgierzem. Jeśli zebranie 34281 podpisów „drogich Gdańszczan i Gdańszczanek” nie wydaje się być progiem ponad skoczność różnych opozycyjnych fratrii, to już zaproszenie 107 689 „drogich Gdańszczan i Gdańszczanek” na referendum w sprawie wyceny przydatności A. Dulkiewicz do dalszego użytku lokalnego, wydaje się realnie... nierealne. Mury gdańskiej władzy wzniesione jeszcze rządami Pawła Adamowicza trzymają się mocno. Nikt w ich cieniu biedy nie zazna. Chronią przed deszczem i słotą liderów demokratycznych przemian, ich progeniturę oraz ich ongiś tytularnych przeciwników - dyrektorów aparatu władzy stanu wojennego, członków komisji –„panowie,policzmy głosy” - skrutacyjnych zjazdów PZPR, sekretarki jej ogniw.
Konformizm to dobra zaprawa dla utrzymania trwałości muru. Dostatek bytu kształtuje codzienną świadomość, jego refleks ma swój wyborczy, trwały smak.
Tym bardziej warto zauważyć różne próby wietrzenia Gdańska. Gdy magistrat umysłem wiceprezydenta miasta zabrał się za ręczne meblowanie ich biznesów, rozgoryczeni kolejnymi szykanami restauratorzy zasygnalizowali skłonność do zebrania 34 281 podpisów. Teraz swoim niezadowoleniem z funkcjonowania ustroju gminy, tej gminy, dzielą się radni niektórych dzielnic. Postulaty i oceny, które obwieścili Mateusz Gudaniec i Paweł Zarzycki, dotyczą różnych polityk miejskich, kontrowersyjnych, ideologicznych, nieużytecznych społecznie. Mogą być impulsem do szukania nowych źródeł energii dla Gdańska. Inspiracji ku temu w najnowszych dziejach Gdańska nie brakuje…
W latach 2002, 2014 i 2018 na prezydenckich kandydatów gdańskiej opozycji głosowało odpowiednio 62,5 proc., 53,95 proc. i 63,03 proc. wyborców gminy Gdańsk. Paweł Adamowicz w pierwszej rundzie wygrywał wybory prezydenckie w l. 2006 i 2010, zdobywając zaufanie na poziomie odpowiednio 60,87 proc. i 53,78 proc. obywateli.
Władza w Gdańsku jest skonsolidowana własną... władzą. To olbrzymi obszar władztwa politycznego, zapewniającego... władztwo gospodarcze , społeczne, kulturalne i kadrowe. Współzależność tych relacji, kształtowanych w gminie o budżecie przekraczającym 5 mld złotych, przez jednego polityka, daje mu przewagę w momencie startu kampanii, ale daje też szanse opozycji, jeśli potrafi zrobić coś wspólnie i wspólny pomysł polityczny zakomunikować o czasie...
W kadencji 1998-2002 miejski parlament miał prezydenta w garści. Rozmaite ugrupowania zawierały doraźne sojusze, a prezydent P. Adamowicz pobierał lekcje politycznej biegłości, dobierając sojuszników do różnych zamiarów, stosownie moderując skład zarządu miasta. Był to okres budżetowej biedy, ale nie utraty słuchu, bo różne grupy obywateli miały w radzie reprezentacje, a prezydent był rady zakładnikiem...
Kampania 2002 to zmiana ustroju samorządu, wprowadzenie jedynowładztwa i istotna suwerenność prezydenta miasta wobec rady. Po władzę, poza reprezentującym PO, jej partyjnym delegatem P. Adamowiczem, ubiegali się w ramach komitetów własnych lub partyjnych: Bogdan Borusewicz, Paweł Chmielowiec, Marek Formela, Stefan Grabski, Maria Jagoda, Jacek Kurski, Janusz Pisarski, Wojciech Podjacki, Grzegorz Strzelczyk i Marian Szajna. Poparło ich łącznie 76 758 gdańszczan, o ponad 30 tys. więcej niż urzędującego prezydenta, który zgodnie z nową ordynacją, przeszedł do drugiej tury i wygrał z M. Formelą.
Wybory w l. 2006 i 2010 miały bardziej jednostronny przebieg. W 2006 P. Adamowcza wybrało na prezydenta Gdańska 96 485 obywateli, a jego konkurentów: Andrzeja Jaworskiego, Andrzeja Młota, Bartosza Nowaczyka, Krzysztofa Pusza i Mariana Szajnę - łącznie 62 037. Wybory w 2010 roku były bardziej urozmaicone, bo wystartowało 2 Adamowiczów: Paweł z PO i Dariusz z własnego komitetu. Urzędujący prezydent zdobył tylko 75 710 głosów, mniej o ponad 20 tys. niż 4 lata wcześniej, ale dostatecznie dużo, by nieznacznie wygrać w I turze. Na jego konkurentów, Krzysztofa Andruszkiewicza, Stanisława Corę, Zofię Gosz, Andrzeja Jaworskiego, Wojciecha Podjackiego i D. Adamowicza - zagłosowało 65 073 wyborców.
Do żwawszej rywalizacji doszło w 2014 roku. P. Adamowicz w pierwszej turze zebrał poparcie 64 674 obywateli, a jego konkurenci: Jarosław Szczukowski, Zbigniew Wysocki, Andrzej Jaworski, Ewa Lieder i Waldemar Bartelik - o ponad 11 tys. większe, łącznie 76 594. Przy niezbyt wysokiej frekwencji, raptem 36,14 proc., doszło do drugiej tury między P. Adamowiczem i A. Jaworskim. Tę batalię stosunkiem głosów 77 034 (61,25 proc.) do 48 730 (38,75 proc.) wygrał urzędujący prezydent, ale chyba po raz pierwszy zanotowano próby budowania porozumienia części opozycji i A. Jaworskiego poparli, kładąc nacisk na potrzebę zmiany w Gdańsku, W. Bartelik i J. Szczukowski.
Wybory w 2018 to kompromitacja SLD - poniżej 1 proc. dla A. Ceynowy – i efektowny debiut na lokalnej scenie Kacpra Płażyńskiego (PiS), debiut polityczny z dobrze przygotowanym przesłaniem merytorycznym. Borykający się z problemami z oświadczeniami majątkowymi P. Adamowicz, odtrącony przez PO – „jesteś mechanizmem niszczącym” – założył własny wehikuł polityczny. PO postawiła na Jarosława Wałęsę, a wystartowali jeszcze: Jacek Hołubowski, Elżbieta Jachlewska, Dorota Maksymowicz-Czapkowska. W rezultacie tych przegrupowań P. Adamowicz uzbierał tylko 77 966 (36,97 proc.) głosów, a wielobarwna jak obecnie w Sejmie koalicja zmiany – 132 934(63,03 proc.).
Do drugiej tury w mateczniku PO nie wszedł kandydat PO, J.Wałesa (58 561/27,7 proc.), a wszedł niespodziewanie delegat PiS K. Płażyński ( 62 594/29,68 proc.), który utarczkami z urzędującym prezydentem na temat jego majątkowych niestrawności prawie się nie zajmował. Mając perspektywę porażki w swoim mateczniku, PO w drugiej turze wsparła swojego b. wiceprzewodniczącego, Płażyński mógł za to liczyć na oficjalne wsparcie W. Bartelika i M. Formeli, rekomendujących zmianę w Gdańsku. Ostatecznie P. Adamowicz wygrał te wybory, skumulował poparcie 129 683 Gdańszczan (64,8 proc.), a K. Płażyńskiego wybrało 70 432 (35,2 proc.) mieszkańców miasta.
W perspektywie kolejnych wyborów samorządowych lub potencjalnej próby referendalnej wszelki rozgardiasz w różnych kręgach gdańskiej opozycji sprzyja niezbyt efektywnej obecnej administracji Aleksandry Dulkiewicz. Nie wnosi ona do funkcjonowania Gdańska wiele nowego, demokrację miejską zamieniła w demokraturę gminną, opozycją w radzie poniewiera, a poniewierani skandowanie „j..... PiS” puszczają mimo uszu... prokuratury; władza ubezpiecza wygodę i dostatek swojego otoczenia, rozwija zręcznie swoje talenty promocyjne, nie szczędzi przy tym energii na prowadzenie polityk krajowych, a nawet europejskich, co życia w gminie nie ubogaca. Mając w niedalekim odwodzie nowe posady i pieniądze metropolitalne, widzi tabory swoje po horyzont...
Dopiero gromadząc na równych prawach różne środowiska społeczne, a w gruncie rzeczy polityczne – gdy bowiem chodzi o redystrybucję pieniędzy publicznych i zamierzenia służące ogółowi mieszkańców, polityczność tych zamierzeń jest oczywista, można podjąć próbę złamania lub nadwyrężenia gdańskiego układu władzy. Mając na oku możliwości, które w ciągu 5-letniej kadencji zapewni 25 miliardów budżetowych złotówek, warto szukać porozumienia, a nie pielęgnować rozmaite uprzedzenia.
Mógł Tusk w Sejmie, można i w Gdańsku?
