„Nikt i nigdy nie będzie nakazywał nam, jak żyć, jak mówić, kogo kochać, komu być wdzięcznym i jakich bohaterów szanować” – powiedział Zełenski.
W Polsce jego słowa odebrano oczywiście w kontekście niedawnego sporu o nadanie imienia „Bohaterów UPA” jednej z jednostek ukraińskiej armii. Słowa przywódcy z Kijowa skojarzono też natychmiast z zapowiedziami ekshumacji i przewiezienia do Kijowa szczątków Stepana Bandery, którego grób znajduje się dzisiaj w Monachium. Mykyta Poturajew, deputowany z frakcji „Sługa Narodu”, jeden z inicjatorów projektu ustawy w tej sprawie, deklaruje: „Bandera, jako osoba, która ogłaszała w 1941 roku państwo ukraińskie i przez całe życie dążyła do uzyskania ukraińskiej niepodległości, bez wątpienia może być w panteonie. Ale listy takich osób na razie nie ma. I obecnie są to jedynie spekulacje” – powiedział Poturajew, pytany o Banderę przez dziennikarza Polskiej Agencji Prasowej.
Na razie więc nie należy spodziewać się szybkich działań, choć Zełenski, jako wytrawny polityk, będzie grać panteonem, aby kupować zaufanie najbardziej patriotycznie i narodowo nastawionego elektoratu. Jednocześnie słychać też głosy wskazujące, że ostra reakcja prezydenta Nawrockiego na czczenie UPA przynosi pewne efekty. Deputowany Mykoła Kniażycki z ugrupowania „Front Narodowy” wypowiada się dosyć ostrożnie. Jego partia to ugrupowanie opozycyjne, zbliżone do postawy eksprezydenta Petra Poroszenki.
Jak mówi Kniażycki: „Nie ma jeszcze listy osób, których nazwiska powinny zostać uwiecznione w panteonie. Propozycje z takimi kandydatami muszą zostać ujęte w odrębnych ustawach i zatwierdzone w Radzie Najwyższej Ukrainy, i wreszcie podpisane przez prezydenta. Oczywiste jest, że nikt, kto w XX wieku dopuścił się przestępstw przeciwko ludności cywilnej, nie powinien znaleźć się na takich listach. Nie ma więc potrzeby, by uznawać ten projekt za zagrażający porozumieniu międzynarodowemu i stosunkom z sąsiadami, jak piszą niektórzy szanowani komentatorzy. Ale pamięć naszych bohaterów musi zostać uczczona”.
Jak to często bywa, wypowiedź Kniażyckiego jest typowym gestem, który ma uspokoić zarówno opinię za granicą, ale też nie urazić ukraińskich patriotów. Jednak wspomnienie przez Kniażyckiego o tych, „którzy w XX wieku dopuścili się przestępstw przeciwko ludności cywilnej”, to pierwszy sygnał, że polska irytacja została zauważona. Oczywiście słów Kniażyckiego nie trzeba przeceniać.
Przedstawiciel opozycji siłą rzeczy ma mniej do gadania niż Zełenski, który jeszcze długi czas będzie decydować o najważniejszych sprawach i jest w stanie przeforsować w parlamencie, co będzie chciał. Ale i on musi sobie zdawać sprawę, że „wojna orderowa” na linii Warszawa – Kijów nagłośniła w Europie wiedzę o ciemnej stronie UPA. Dlatego w najbliższych miesiącach zobaczymy, czy ukraiński przywódca wybierze dalsze gloryfikowanie przywódców UPA, czy też złagodzi swój ton. Swoistym sygnałem pewnego umiarkowania było skupienie się Zełenskiego na gloryfikacji hetmana Iwana Mazepy – politycznego przywódcy ukraińskiego, który chciał zbudować państwo kozackie w oparciu o pomoc króla Szwecji Karola XII, ale i polskiego króla Stanisława Leszczyńskiego. Takie postacie w Polsce nie wywołują większych negatywnych emocji. Co więcej, postaci Mazepy sam Juliusz Słowacki poświęcił swój dramat, zekranizowany przez Gustawa Holoubka w 1975 roku.
Tak czy inaczej, spór o UPA między Polakami a Ukraińcami szybko się nie zakończy. To nie powód do opuszczania rąk, ale też nie do nakręcania się antyukraińskiej histerii. To musi być mądra i zdecydowana gra w obronie swoich racji. A w tym sporze nie będziemy w stanie zrozumieć posunięć Ukraińców, jeśli nie zrozumiemy, z jakich powodów sięgają oni po te elementy swej historii, które budzą nasze rozgoryczenie.
Piotr Semka
