Ale im bardziej obrzydzano i przeszłość, i teraźniejszość tamtej Ameryki, tym bardziej moja rodzina chłonęła przed telewizorem nieliczne migawki w Dzienniku Telewizyjnym z rocznicowego pokazu fajerwerków nad Białym Domem. W mojej pamięci utkwiły ujęcia prezydenta Jimmy Cartera całującego z racji rocznicowego bankietu swoją wyniosłą i chłodną żonę Rosalynn Carter. Pamiętam, jak ponad rok później cała moja rodzina wysłuchiwała w nabożnym skupienia relacji przyjaciela domu, który miał to szczęście, że stojąc na warszawskiej ulicy, był świadkiem wizyty prezydenta Cartera w Polsce. Znajomy opowiadał nam, jak mieszkańcy stolicy skandować mieli na widok przejeżdżającej limuzyny gościa z USA hasło: „Carter! Ratuj nas!”.

Ale te parę wspomnień sprzed pół wieku dobrze pokazuje głęboko zakorzenione w naszej psychice oczekiwania wobec wielkiej Ameryki zza Atlantyku.

Ameryka jawi się w naszych oczach jako kraj ogromny i potężny, co do którego żywimy nadzieję, że jakby przyszło coś najgorszego – to nas poratuje. Poratowała nas w 1919 roku, gdy prezydent Woodrow Wilson wsparł nasze aspiracje na Kongresie w Wersalu. Potem była zdrada Franklina delano Roosvelta w Jałcie, ale osłodziło ją Radio Wolna Europa, a potem słowa otuchy dla „Solidarności” po wprowadzeniu stanu wojennego ze strony kolejnego prezydenta Ronalda Reagana.

To ugruntowało w nas oczekiwanie, że jakby co – Wujek Sam jakoś pomoże.

Czy nie powtórzyło się to, gdy oficjele Pentagonu zaczęli przebąkiwać o wycofaniu amerykańskich żołnierzy nad Wisłą i dopiero osobista interwencja Donalda Trumpa rozwiała takie spekulacje? Czy nasze zapatrzenie w wielkie Stany Zjednoczone to ulubiony temat szyderstw naszych domorosłych ironistów z lewa, ale i od pewnego czasu także z prawa? Trudno nawet już wyliczyć, ile razy już proklamowano rzekomy jawny sojusz żółtowłosego prezydenta USA z Władimirem Putinem. A jednak jakoś ten alians nie chce się wyklarować, a Ameryka ciągle iluś Polaków skłania do wiary w jej pomoc. Czy koniecznie musimy się rozstawać z tą wiarą?