Kijów we współpracy z państwami europejskimi próbuje w tej chwili wyraźnie uruchomić proces negocjacyjny na nowych zasadach. W Europie gromadzą się problemy energetyczne związane z wojną w Iranie, poparcie dla rozmów z Rosją rośnie. Kijów próbuje wbudować się w te nastroje, by pokierować tym procesem w kierunku wygodnym dla siebie. Ukraina ogromnie zwiększyła nacisk na Rosję poprzez dotkliwe uderzenia na jej tyły – zarówno te głębokości operacyjnej bezpośrednio za linią frontu, jak i strategiczne tyły na głębokim zapleczu. Ukraina próbuje pokazać, że ma przysłowiowe „karty”, jednocześnie występując z propozycją rozmów pokojowych bezpośrednio pomiędzy Rosją a Ukrainą z pozycji własnej siły. W tym kontekście należy rozpatrywać szczyt w Londynie jako logiczną kontynuację tej kampanii.
Brak Polski na szczycie jest problemem na wielu poziomach. Po pierwsze, wydaje mi się, że tranzytowa rola Polski w tej sytuacji jest traktowana jako coś oczywistego, o co nikomu nie trzeba zabiegać z tego powodu, że Polska i tak nie ma wyjścia, bo jest zagrożona. Przy czym dzieje się tak zarówno ze strony Ukrainy, jak i państw europejskich. A to wynika z tego, jak Polska rozbudowuje swoje zdolności militarne. Gdyby Polska miała własną, niezależną od nikogo siłę odstraszania Rosji, to pozwoliłoby to prowadzić bardziej niezależną politykę i dałoby swobodę manewru w wykorzystaniu statusu hubu logistycznego jako lewara w negocjacjach. Ciężko grać tą kartą w sytuacji, kiedy nasz plan obrony w zasadzie jednoznacznie zakłada wojnę sojuszniczą, a te same państwa, od których oczekujemy, że przyjdą nam z pomocą w razie wojny, wykorzystują polskie logistyczne szlaki z zachodu na wschód dla wspierania Ukrainy.
Secundo, konflikt z Ukrainą na tle gloryfikacji UPA powoduje też, że Kijów sam może być niechętny obecności strony polskiej w tych rozmowach i możliwe jest, że czeka nas wręcz zamrożenie wzajemnych stosunków do niezbędnego minimum. W tej kwestii piłka jest po stronie Kijowa i to on musi zdecydować czy podjąć jakieś kroki dla obniżenia poziomu eskalacji we wzajemnych stosunkach, czy zignorować Polskę i zapłacić odpowiednią cenę polityczną za ten konflikt.
Podobne podejście Kijowa bez wątpienia jest błędne, bo Polska jest jedyną stroną, która ma realne i bliskie ukraińskim poglądy na zagrożenie ze strony rosyjskiego imperializmu. Brak Polski w tym formacie osłabia więc wyraźnie pozycję Ukrainy w takich rozmowach, bo pozostałe państwa europejskie, nie będąc bezpośrednio zagrożone przez Rosję, mają zupełnie inną perspektywę, nawet jeżeli wydaje się, że ich ocena sytuacji tymczasowo zbiega się z ukraińską, co chyba – nie wiedzieć dlaczego - jakoś umyka ukraińskim elitom.
Jak można zmienić tę sytuację? Warszawa musi w jasny sposób deklarować, że cokolwiek będzie ustalone w rozmowach z Rosją, geograficzne położenie Polski sprawia, że wykonanie tych porozumień prawdopodobnie nie będzie możliwe bez udziału Polski. A co za tym idzie – jeżeli sojusznicy chcieliby, żeby Polska zgodziła się na te warunki, musi zostać zaangażowana do rozmów. Należy w jasny sposób artykułować, że nie można oczekiwać, iż Polska wykona z automatu każde ustalenie zawarte bez jej udziału, które jej dotyczy. Ale żeby podobne deklaracje były dla naszych partnerów wiarygodne, należy podeprzeć je realnymi działaniami. Ostre deklaracje bez oparcia o twardy fundament nie budują siły, a wręcz przeciwnie – mogą tylko ujawnić słabość.
Mikołaj Susujew
