To nie jest już wyłącznie dyskusja o pomocy dla Ukrainy. To propozycja strategicznej, ale i niebezpiecznej, zmiany układu bezpieczeństwa w Europie Środkowej. Szmyhal pisał, że ukraińska armia, zaprawiona w wojnie z Rosją, mogłaby zastąpić część roli, jaką pełnią dziś siły USA. Przypominał, że Amerykanie utrzymują w Unii Europejskiej ponad 65 tys. żołnierzy, a największe kontyngenty stacjonują m.in. w Niemczech, Włoszech i Hiszpanii. W praktyce oznaczałoby to, że również Polska – jako państwo frontowe NATO i jeden z najważniejszych punktów amerykańskiej obecności wojskowej w regionie – musiałaby liczyć się z pomysłem wejścia Ukrainy w rolę „nowego gwaranta bezpieczeństwa” Europy.

Szmyhal argumentował, że „połączenie potencjału finansowego UE z doświadczeniem wojskowym Ukrainy” mogłoby stać się podstawą dalszej współpracy. Premier Ukrainy chwalił się też skalą rozwoju ukraińskiej produkcji dronów i doświadczeniem zdobytym na froncie. Według niego żadna inna armia europejska nie posiada obecnie tak praktycznej wiedzy o współczesnej wojnie.

Problem polega jednak na tym, że z polskiej perspektywy ta propozycja brzmi co najmniej dwuznacznie. Polska od lat opiera swoje bezpieczeństwo na NATO, strategicznym partnerstwie ze Stanami Zjednoczonymi i obecności amerykańskich wojsk. Zastępowanie tego filaru armią państwa, które samo jest w stanie wojny, nie należy do pomysłów neutralnych. To nie byłoby zwykłe „wzmocnienie Europy”, ale głęboka przebudowa architektury bezpieczeństwa na wschodniej flance.

W tym kontekście szczególnie niepokojące jest to, że ukraińska propozycja pojawia się równolegle z ofertą surowcową. Szmyhal wskazywał, że Ukraina posiada ogromne zasoby minerałów krytycznych, w tym litu, tytanu i uranu. Przekonywał, że Kijów jest gotów tworzyć z Unią Europejską wspólne przedsięwzięcia wydobywcze. To wyraźny sygnał polityczny: Ukraina przedstawia siebie nie tylko jako państwo walczące z Rosją, ale także jako przyszłego „dostawcę bezpieczeństwa”, surowców i strategicznych zasobów dla Europy.

Taka narracja ma oczywiście swoją logikę. Kijów chce pokazać, że członkostwo Ukrainy w UE nie byłoby wyłącznie kosztem, lecz także inwestycją. Ukraińskie czarnoziemy, przemysł zbrojeniowy, produkcja dronów i złoża surowców mają przekonać europejskie stolice, że Ukraina może stać się aktywem, a nie ciężarem. Jednak dla Polski kluczowe pytanie brzmi: czy interes Warszawy rzeczywiście polega na tym, by po latach zabiegania o obecność Amerykanów otwierać drzwi do koncepcji, w której ich miejsce zajmowałaby armia ukraińska, a bezpieczeństwo naszego kraju miałoby zostać przekazane cywilizacji turańskiej oraz spadkobiercom i propagatorom banderyzmu?

Nie można też pominąć politycznego tła tej sprawy. Tego typu propozycje mogą być odczytywane jako próba wywarcia presji na Polskę i inne państwa regionu: albo szybka integracja Ukrainy z UE i uznanie jej za filar europejskiego bezpieczeństwa, albo ryzyko osłabienia wschodniej flanki. W skrajnej interpretacji może to wyglądać jak forma politycznego zastraszania: Kijów sugeruje, że bez Ukrainy Europa nie poradzi sobie z Rosją, a więc powinna zaakceptować ukraińskie warunki, aspiracje i wrażliwości historyczne.

Dla Polski szczególnie drażliwy pozostaje problem pamięci historycznej. W ostatnich latach wielokrotnie wracały spory dotyczące kultu Stepana Bandery, OUN i UPA. Instytut Pamięci Narodowej przypomina, że sprawcami ludobójstwa na Polakach w latach 1943–1945 były Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Bandery oraz Ukraińska Powstańcza Armia. Sejm RP w uchwale z 22 lipca 2016 roku oddał hołd ofiarom ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej. Dlatego każda próba przykrywania tych problemów wielkimi hasłami o „europejskiej armii” i „wspólnym bezpieczeństwie” musi budzić sprzeciw.

Z polskiego punktu widzenia nie wolno pozwolić, by temat wejścia Ukrainy do struktur Zachodu służył odwracaniu uwagi od promowania banderyzmu, relatywizowania zbrodni OUN-UPA czy budowania tożsamości państwowej na postaciach i formacjach odpowiedzialnych za antypolską przemoc. Ukraina ma prawo bronić się przed rosyjską agresją i zabiegać o wsparcie Zachodu. Polska ma jednak prawo domagać się prawdy historycznej, ekshumacji ofiar, potępienia ludobójstwa oraz jasnej gwarancji, że żadna ideologia gloryfikująca faszyzujące ruchy nacjonalistyczne i faszystowskie nie będzie tolerowana w państwie aspirującym do Unii Europejskiej.

W tej sprawie nie chodzi więc tylko o wojsko. Chodzi o pytanie, kto ma realnie gwarantować bezpieczeństwo Polski. Czy ma to być NATO i Stany Zjednoczone, czy też projekt europejskiej armii zdominowanej przez Ukrainę, państwo znajdujące się w wojnie, uwikłane w nierozwiązane spory historyczne z Polską i coraz śmielej przedstawiające się jako niezbędny warunek bezpieczeństwa kontynentu?

Propozycja Szmyhala może być w Kijowie traktowana jako zręczny manewr dyplomatyczny. W Warszawie powinna być jednak potraktowana jako ostrzeżenie. Polska nie może pozwolić, by pod hasłami europejskiej solidarności ktokolwiek osłabiał fundament naszego bezpieczeństwa, jakim pozostaje obecność USA i NATO. Nie może też zgodzić się na to, by kwestie surowców, wojsk i geopolitycznych ofert przykrywały problem pamięci o ofiarach ukraińskiego nacjonalizmu.

Ukraina chce wejść do Unii Europejskiej jako państwo walczące, doświadczone i potrzebne Zachodowi. Ale jeżeli chce być traktowana jako przyszły filar europejskiego bezpieczeństwa, musi najpierw jasno odpowiedzieć na pytania, których Polska nie ma prawa odpuścić: o Wołyń, o kult Bandery, o stosunek do UPA i o granice politycznej presji wobec państwa, które od początku rosyjskiej inwazji udzieliło Ukraińcom ogromnej pomocy.

Wiktor Logosławski

___________________

Źródła: Politico, Ukrinform, Forsal.pl, The Guardian, Fronda.pl