Ks. Szerszeń nie zatrzymuje się na samej ocenie prawnej. Jego tekst jest przede wszystkim duchową diagnozą mechanizmu rozłamu. Jak podkreśla, dramat zaczyna się wtedy, gdy ktoś „sam będzie decydował, czym jest katolicka Tradycja”. Wówczas — pisze — człowiek „niesie już nie krzyż Chrystusa, lecz sztandar własnego ruchu”. To uderzenie w samą logikę lefebrystycznego buntu: nie chodzi już tylko o dawną liturgię, ale o uzurpację prawa do orzekania, gdzie znajduje się „prawdziwy Kościół”.
Watykan wcześniej ostrzegał, że święcenia biskupie bez zgody papieża będą „aktem schizmatyckim”. Kard. Víctor Manuel Fernández, prefekt Dykasterii Nauki Wiary, wskazywał w maju, że papież nadal modli się, aby lefebryści wycofali się z tej decyzji. Po konsekracjach Stolica Apostolska ogłosiła ekskomunikę i przypomniała, że duchowni Bractwa znajdują się w schizmie, a wierni świeccy podlegają ocenie w zależności od formalnego związania z ruchem.
Najmocniejsza teza ks. Szerszenia brzmi jednak znacznie szerzej: „Niestety, ale tradycjonaliści stali się przez schizmatycki akt protestantami”. Duchowny wyjaśnia, że Bractwo, tworząc własną hierarchię, własne seminaria i sukcesję biskupią niezależną od papieża, zaczyna funkcjonować jak osobna struktura kościelna. „Ludzie, którzy przez całe życie mówili o ciągłości, Tradycji i wierności, sami przecięli nić tej ciągłości” — ocenił.
To właśnie tu znajduje się sedno sporu. Tradycja katolicka nie jest muzealnym kostiumem ani prywatnym herbem środowiskowym. Nie da się jej sprowadzić wyłącznie do rytu, języka i gestów liturgicznych. Jeżeli zostanie oderwana od jedności z następcą św. Piotra, staje się zewnętrzną formą bez kościelnego centrum. Ks. Szerszeń ujmuje to bez ogródek: „W pewnym momencie człowiek przestaje walczyć o Kościół i zaczyna budować własny”.
Duchowny zwraca też uwagę na los zwykłych wiernych Bractwa. Wielu z nich — jak pisze — „szczerze kochało liturgię, modlitwę i życie sakramentalne” i nie pragnęło rozłamu. Dlatego obecna sytuacja jest szczególnie bolesna: ambicje przywódców i ideologiczne zacietrzewienie najczęściej ranią tych, którzy po prostu szukali modlitwy, piękna liturgii i duchowego porządku.
W tym sensie schizma Bractwa nie jest triumfem żadnej ze stron, ale raną w Ciele Kościoła. Watykan równocześnie ogłosił procedury powrotu do pełnej wspólnoty katolickiej dla duchownych i świeckich związanych z FSSPX. To ważny sygnał: ekskomunika nie jest zemstą, lecz wezwaniem do nawrócenia i powrotu.
Ks. Szerszeń kończy swój komentarz nie satysfakcją, lecz modlitwą. „Nie cieszy mnie ekskomunika. Nigdy nie jest ona radością dla Kościoła” — pisze. I dodaje, że trzeba modlić się „nie przeciwko tym ludziom, lecz za nich”. To chyba najważniejszy punkt tej ostrej diagnozy: schizma musi być nazwana po imieniu, ale celem Kościoła pozostaje nie potępienie człowieka, lecz jego powrót do jedności.
