Gdy niedawno, 21 czerwca br., zmarł w Gdańsku. Krzysztof Dowgiałło, były opozycjonista, później w III RP polityk, najwięcej notatek o jego śmierci przedstawiało go jako autora tekstu legendarnej pieśni o zastrzelonym pracowniku portu w Gdyni. Nazwisko Janek Wiśniewski autor tekstu utworu przyjął umownie, wybierając jedno z najbardziej popularnych nazwisk w Polsce. Tak naprawdę zastrzelony chłopak miał 18 lat i pracował w zarządzie portu Gdynia. Jego zwłoki protestujący umieścili na drzwiach i szóstka demonstrantów niosła je jako symbol masakry w kierunku Miejskiej Rady Narodowej w Gdyni ulicą Świętojańską. Nic dziwnego, że scena ta utkwiła w pamięci setek ludzi i stała się głównym motywem pieśni o Janku Wiśniewskim. W Trójmieście krążyła ona w latach 70-tych w licznych odpisach i śpiewano ją pod różne melodie.

 

Cała Polska poznała ją, gdy Andrzej Wajda, który w 1980 roku kręcił film „Człowiek z żelaza”, postanowił zakończyć swoje dzieło autorskim wykonaniem tego utworu przez Krystynę Jandę. Jednak piosenka ta padła wówczas ofiarą cenzury, która nie zgadzała się na frazę „to partia strzela do robotników”, którą zamieniono na łagodniejszą „to władza strzela do robotników”. Cenzura nie zgodziła się też na określenie „słupscy bandyci” (była to aluzja do elewów Podoficerskiej Szkoły Milicyjnej ze Słupska, których sprowadzono do pacyfikacji Gdyni. Wykreślono też frazę: „krwawy kociołek, to kat Trójmiasta, przez niego płaczą dzieci niewiasty, poczekaj draniu, my cię dostaniem, Janek Wiśniewski padł”.

 

Autorem najbardziej znanej muzyki do legendarnego utworu był młody stoczniowiec Mieczysław Cholewa, który poznał utwór z kolejnych przepisywanych i podawanych z rąk do rąk wersji i uznał pieśń za utwór anonimowy. Dzięki wspaniałemu wykonywaniu „Ballady o Janku Wiśniewskim”, bo taka nazwa dominowała w 1980 roku, Mieczysław Cholewa zyskał status „Grudniowego” barda. To on zresztą dokonał pierwszego nagrania ballady wykonanej za zgoda księdza Hilarego Jastaka jesienią 1980 roku na poddaszu plebanii kościoła pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni. Kasety z grudniowym protest songiem, zaśpiewanym przez Cholewę, przegrywano na zasadzie domowej i  wkrótce to wykonanie obiegło cały kraj.

 

Gdy w 1981 roku twórcy filmu „Człowiek z żelaza” legalizowali prawa autorskie w ZAiKS-ie – Cholewa zgodził się, by jego nazwisko wpisać w rubryce „autor tekstu”. Sprawa wróciła po upadku PRL-u. Wtedy do autorstwa tekstu zaczął przyznawać się Krzysztof Dowgiałło, jeden z działaczy Solidarności. Ci, którzy wątpią na ten temat wskazują, że Dowgiałło twierdzi, że napisał tekst 17 grudnia 1970 roku wieczorem w mieszkaniu, w którym czekał na kolegów architektów, z którymi realizował wspólny projekt. Ale zaznacza, że oryginał gdzieś mu się zapodział i zapomniał o utworze.

 

A kiedy w 1981 roku spopularyzował go Mieczysław Cholewa postanowił przyznać się do autorstwa. Ale po 90. roku do autorstwa tekstu pieśni przyznał się inny autor, Jerzy Fic, który nota bene jako mieszkaniec Gdyni Grabówka był na miejscu strzelaniny na przystanku Gdynia Stocznia. Jerzy Fic twierdzi, że utwór ten napisał wiosną 1971 roku w trakcie zapomnianego już strajku portowców w Gdyni, w trakcie którego napisał tekst o niedawnych strasznych wydarzeniach. Na korzyść tezy o autorstwie Jerzego Fica może świadczyć fakt, że jedna ze zwrotek piosenki o Janku Wiśniewskim przypomina napisany wcześniej przez Fica fragment wiersza propagandowego: „Wiersza o Biegu Przyjaźni Narodów”, którą Fic napisał na początku lat 50. jako żołnierz służby zasadniczej i członek koła „Młodzi Literaci LWP”. Kontrowersje co do autorstwa pieśni zakończyły się procesem, w którym wydano w 2007 roku werdykt przyznający słuszność i autorstwo słów pieśni Andrzejowi Dowgialle.

 

Najbardziej znana kolejna interpretacja stoczniowej ballady stała się dziełem Kazika Staszewskiego, który w brawurowym wykonaniu zaśpiewał otoczoną legendą pieśń na potrzeby filmu „Czarny czwartek” w reżyserii Antoniego Krauzego z 2011 roku. Brawurowo zaśpiewany utwór wzmocnił siłę filmu.

W 2005 roku solidarnościowy Gdańsk przeżył wstrząs. Mieczysław Cholewa przyznał się do wieloletniej współpracy z SB i donoszenia na Bogdana Borusewicza. Jako jeden z niewielu konfidentów komunistycznych służb w Polsce - przyznał się do tego dobrowolnie. Wielu ludziom nie mieściło się to w głowie – autor muzyki do hymnu Grudnia 70 donosił jednocześnie bezpiece!   Ceną za to uwikłanie był i jest ostracyzm środowiskowy w kręgu dawnych opozycjonistów.

 

Wydarzenia po 1989 roku w bardzo gorzki sposób dopisały jeszcze jedną puentę do „Pieśni o Janku Wiśniewskim”. Jedna z fraz piosenki brzmiała: „Krwawy Kociołek to kat Trójmiasta, przez niego płaczą dzieci, niewiasty, poczekaj draniu my cię dostaniem!”.

 

To Stanisław Kociołek, w Grudniu 1970 pełniący funkcję I sekretarza KW PZPR w Gdańsku, wezwał gdyńskich stoczniowców do podjęcia pracy w czwartek 17 grudnia 1970. Gdy robotnicy przybyli na stacje kolejki Gdynia Stocznia powitały ich strzały milicji.  Powszechnie uznano wtedy w Gdyni, że Kociołek wystąpił w roli prowokatora. Początkowo po masakrze na Wybrzeżu, człowiek, którego nazwisko stało się symbolem strzelania do robotników, został dyskretnie przeniesiony do służby dyplomatycznej. Od 1971 do 1978 roku był ambasadorem PRL w Belgii oraz w Luksemburgu, a potem w Tunezji. Ale w 1980 roku, z inicjatywy przyszłego I sekretarza KW PZPR Stanisława Kani, został wysunięty na eksponowane stanowisko I sekretarza Komitetu Warszawskiego PZPR. Była to demonstracja mająca pokazać ówczesnej NSZZ Solidarność, że nawet najbardziej skompromitowani działacze nie będą usuwani tylko dlategom, że wzbudzają wściekłość zrewoltowanych robotników. Paradoksalnie po wprowadzeniu stanu wojennego Kociołek przestał być potrzebny ekipie gen. Jaruzelskiego do prowokowania Solidarności i został wysłany na trzy lata na dosyć istotne stanowiska ambasadora PRL w Związku Sowieckim. Po upadku PRL z ogromnym trudem udało się posadzić Stanisława Kociołka obok gen. Wojciecha Jaruzelskiego na ławie oskarżonych w procesie o sprawstwo masakry grudniowej w 1970 roku. Po trwającym niezwykle długo procesie odwoławczym w 2013 roku został nieprawomocnie uniewinniony z zarzutów. Co więcej, 30 czerwca 2014 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał wyrok uniewinniający. Wreszcie 16 kwietnia 2015 roku Sąd Najwyższy uwzględnił kasację prokuratury, uchylił uniewinnienie i przekazał sprawę do ponownego rozpatrywania. Ale Kociołek był już wtedy w ostatnich miesiącach życia.

 

Zmarł 1 października 2015 roku. Nigdy nie spędził nawet dnia w areszcie z powodu zbrodni Grudnia 1970 roku. Jakby mało było tej wyzywającej wręcz bezkarności człowieka, którego powszechnie uważano za współkreatora milicyjnej prowokacji Kociołka powołano 7 października 2015 roku w kolumbarium na Cmentarzu Wojskowym na Warszawskich Powązkach. Decyzję tę musieli zatwierdzić urzędnicy warszawskiego magistratu, których zwierzchnikiem była Hanna Gronkiewicz-Waltz z Platformy Obywatelskiej. Akceptacja polityków PO dla pochówków osób posądzanych o komunistyczne zbrodnie na Powązkach Wojskowych była wówczas rutynową praktyką.